Zakalec


do utraty tchu blog


Niedzielny poranek rozmył się w mglistych granicach jesieni. Flanelowa koszula i kubek gorącej herbaty. Zza ściany dobiega coraz głośniejszy dialog kucyków Pony. W głębi mieszkania czuję Jego cichy oddech, zmęczony po nocnej zmianie. Mój wzrok przesuwa się po szybie naznaczonej wyschniętymi kroplami deszczu, aby spocząć na dwóch pękatych dyniach. Dzień zapowiada się pogodny, idealny na spacer po łąkach przy lesie. Musi być też idealny na wekowanie słoików.


Wyłuskując z miękkiego miąższu pestki, myślę o cieście, które wprasza się niezmiennie od lat o tej porze roku. Później wyciągam gorącą formę z piekarnika, zapach cynamonu rozpływa się po kątach. Lisi palce niecierpliwie skubią zarumieniony brzeg. Nalewam pełny kubek mleka i kroję z rozkoszą grubaśny kawał ciasta. Moim oczom ukazuje się wspaniale doskonały i wilgotny... zakalec.


Niespodziewanie w mojej głowie pojawia się myśl o tym, co ostatnio przeczytałam w sieci: życzę Wam, abyście byli tak szczęśliwi, jak na Facebooku. Mogłabym wrzucić zdjęcie z ciastem na moje kanały społecznościowe z rozczulającym opisem, opiewając dary jesieni. Pominąć to, że w środku coś nie wyszło. A przecież każdego dnia się potykam. Czasami są to drobne obtarcia, innym razem upadki, po których zbieram się z podłogi dłuższą chwilę. Ty też. Nie ściemniaj. Pokazujemy to, co wygodne, resztę chowamy pod podszewką. Uwiera, dokucza, zmieniamy pozycję na dogodniejszą. Ja już wiem, że nie mam na to ochoty. Nie chcę iluzji, zapychać się złudzeniem i przekonywać samą siebie, że jestem syta. 


Bo niekiedy jest fajnie, tak po prostu, że chce się zatrzymać kadr codzienności i pokazać. Innym razem jest do dupy tak, że gdyby nie ciągłe Mamo, nie chcę być sama! Chodź tu do mnie!, to zakopałabym się pod kocem i nie wychodziła. Zazwyczaj jest zwyczajnie. Normalnie. Stabilnie. I to właśnie tę powszedniość cenię najbardziej. Moim marzeniem jest przekazać Jej, że kiedyś upiecze najpiękniejszy tort, ale może wyjść też zakalec. I bardzo chciałabym, aby potrafiła go przełknąć i przyznać się, że teraz faktycznie coś nie wyszło. Żeby nie uwierała Ją żadna podszewka. Żeby nie okłamywała samą siebie. Żeby była gotowa na to, że jesteśmy i razem przetrawimy tego gniota. Że może być zmęczona i to wcale nie wstyd. Bo plany mogą się rozsypać i nawet najlepszy planner nie pomoże. Bo możesz bardzo się starać i nie wyjdzie. Bo tak się czasami układa. I że wtedy warto chwycić rękę, która jest tuż obok.


A zakalec zjedliśmy we trójkę. Do ostatniego okruszka. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zostawisz swój ślad. Każdy Twój komentarz sprawia mi ogromną przyjemność.

Copyright © 2016 Do utraty tchu. Uważniej , Blogger