Potrzeba całej wioski + VLOG

Potrzeba całej wioski + VLOG


Potrzeba całej wioski, aby wychować dziecko. To jedno z popularniejszych afrykańskich przysłów krąży po sieci i chyba na stałe wpisało się w filozofię Rodzicielstwa Bliskości. Do tej pory gorliwie mu zaprzeczałam, żyjąc w przekonaniu, że skoro to moje dziecko, sama sobie z nim poradzę. Tym samym brałam czasami na siebie więcej niż byłam w stanie udźwignąć, mocowałam się, buńczucznie odrzucałam wszelkie próby pomocy. Dziś mam w sobie więcej pokory, przewartościowałam wiele poglądów i z wdzięcznością przekazuję niektóre obowiązki innym. Co więcej coraz częściej myślę, że bliżej rodziny, na wsi żyłoby nam się łatwiej. Czy lepiej? Nie wiem.


Wychowałam się na wsi, w małej warmińskiej miejscowości. Z jeziorami, lasem wokół i ogromnym prześcieradłem pól. Wszyscy się znali, wszystko o sobie wiedzieli, a jak nie wiedzieli, to sobie dopowiedzieli. Nie było podziałów, każdy wspinał się na te same drzewa, bawił się na tym samym rozgrzanym asfalcie i jadł te same kanapki z roztopionym masłem. Mimo wszystko rosłam w przekonaniu, że kiedyś stamtąd wyfrunę. Do miasta. Koniecznie do miasta. Od kilkunastu lat żyję w wojewódzkim mieście, mam na wyciągnięcie ręki kulturę, wielkie centra handlowe, wszelkie rozrywki, pracę, placówki edukacyjne. Dlaczego w takim razie przy każdej nadarzającej się okazji uciekam na wieś?



 

Miejsko-wiejski balans

Potrzebowałam kilku lat, aby zrozumieć, że do osiągnięcia balansu i spokoju potrzebuję zarówno miejskich bodźców, ruchu, dostępności wygód, możliwości rozwoju zawodowego, jak i ciszy, bliskości natury i powolności, którą ma w sobie wieś. Lubię swoje życie w mieście, ale jednocześnie tęsknię za miejscem, w którym dorastałam. Ta tęsknota nasiliła się po narodzinach Lili. Obserwuję, jak ogromny wpływ ma na nią bezpośredni kontakt z przyrodą. Jak niewiele potrzebuje, aby czuć się wolną i szczęśliwą.





Warmio, moja miła... 😍🌳🐜🐝🌻 Marzyliśmy w tym roku o wakacjach na odludziu, z drewnianym domkiem, jeziorem i my razem. Po chwili zastanowienia doszliśmy do wniosku, że przecież my to wszystko mamy. Na wyciągnięcie ręki i na dodatek nasze, własne! 🙊😁 Jest spokój, jest radość, są psy, wieczory na drewnianej werandzie i nasz mały raj tuż za domem. 😊 Cudze chwalicie, swego nie znacie... 😏 No właśnie - doceniamy i jesteśmy niesamowicie wdzięczni. 🙏🍀 . . . Widzieliście nowy wpis na blogu? 🤔 Cisza tam wielka... 😶 Link niezmiennie w bio. ☝️😉 #warmia #igersolsztyn #natura #wieś #wiejskieżycie #instadziecko #instamatka #rodzicielstwo #spokój #łąki #lubiępolskę #igerspoland #sierpień #lato #still_life_gallery #villagelifestyle #countrylife #naturelover #naturephotography #amazingworld #summermood #mood #summervibes
Post udostępniony przez Aleksandra (@do_utraty_tchu)

Podczas jednej z naszych ostatnich wizyt na wsi Lilka przez cały dzień ganiała z dzieciakami po podwórku. Nie było wypasionych zabawek, bajek, gadżetów. Mieli do dyspozycji wolną przestrzeń, z naturalnymi przeszkodami, zjeżdżalnię i tyle. Umorusana buzia córki wciąż była roześmiana. Wiem, że towarzystwo rówieśników jest stymulujące w każdym miejscu. Jednak to właśnie w tamtym momencie dostrzegłam tę ogromną różnicę. Gdy jesteśmy w domu Lili wciąż oczekuje uwagi, bardzo często bawimy się wspólnie, w pokoju pełnym zabawek lub szukamy atrakcji na zewnątrz... Na wsi jest to zupełnie zbędne, wystarczy obecność psów, ogród i od rana do wieczora nie ma dziecka.


Zdaję sobie sprawę, że wiejska beztroska jest dla nas wygodna teraz, gdy Liśka jest jeszcze mała. Kiedy jedynym jej marzeniem jest wytaplanie się w błocie, znalezienie odpowiedniego patyka, a myśli zaprząta nieskrępowana potrzeba odkrywania otaczającej przestrzeni. Dodatkowo my mamy nieco więcej swobody, bo tuż obok jest stęsknieni za wnuczką dziadkowie, ciocie, kuzyni. W takich momentach z tyłu głowy pojawia się myśl, że w mieście mam więcej możliwości rozwoju dla Lili - ogromny wybór placówek edukacyjnych, porządna opieka medyczna, praca zawodowa, która nie jest tak oczywista na warmińskiej prowincji.




Ostatnio często miewam takie myśli, co by było gdyby... Gdyby nasz dom był tam. A może jeszcze gdzie indziej? Nie opieram się już tak bardzo, nie nadużywam nigdy. Dziś po prostu nie wiem i z tym niezdecydowaniem obecnie mi dobrze. Przecież mam wybór, mam prawo decydować, mogę cieszyć się wolnością i przekazać ją mojej córce.


🌿🍀🌿


Skrawek moje Warmii pokazuję Wam poniżej. 👇 Bądźcie wyrozumiali, powoli dojrzewam do lepszego sprzętu do nagrywania. 😜😁





(Nie)mój Gdańsk + VLOG

(Nie)mój Gdańsk + VLOG

do utraty tchu blog


Toczymy się płynnie po drodze, za oknem obrazy zlewają się w zieloną plamę poprzetykaną żółtymi punktami. To rzepak powoli maluje słońcem pola. Co chwila staram się skupić wzrok i zatrzymać ten widok w pamięci. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym kilometrem ucieka mi odrobinka codzienności. Chwytam sekundy w kadry i tworzę swój własny film. Wyczekuję ich z lekką niecierpliwością. Zanim pokażą się na błękitnym niebie, zanim otworzę drzwi i postawię nogi na twardej ziemi. Po chwili wychylają swe metalowe konary, uginając w połowie jak teatralne kukiełki. Nie ma jednak w nich nic delikatnego. Już wiem, że jesteśmy niedaleko. Że tuż za nimi usłyszę szum fal, a morze rozłoży przede mną swój płaszcz. Jesteśmy w Gdańsku. W (nie)moim Gdańsku. 


Pamiętam, jak pierwszy raz przyjechałam na dłużej do Gdańska. Miałam naście lat, chodziłam ulicami Oliwy i byłam rozczarowana. Budynki wydawały mi się takie stare, obskurne i brzydkie. W moim młodym rozumku - zamazanym marzeniami o wszystkim, co nowe - nie potrafiłam zrozumieć zachwytu moich sióstr nad tym miejscem. 


Wróciłam po kilku latach. Pomieszkiwałam kątem, chwytałam się studenckich prac i z każdym dniem coraz mocniej przywiązywałam się do Gdańska. Wieczorami przesiadywaliśmy na schodach wiaduktu na Zaspie, toczyliśmy żywe dyskusje na ławce w uśpionym nocą parku, brodziliśmy po ciepłym piasku na plaży. Wyszukiwałam książki w miejskich bibliotekach, rysowałam mapę na kartce i wyruszałam rowerem do nowych dzielnic, aby założyć kartę i wrócić z upragnionym egzemplarzem w koszyku. 


Kiedyś na studiach trafiłam na Weiser Dawidka Pawła Huellego (pisałam o tej powieści TU). Chłonęłam tę prozę, deptałam po piętach bohaterom. Do dziś to jedna z moich ulubionych książek. Podobnie jak Gdańsk. 


Jeśli nie Olsztyn, nie moja warmińska wieś, to Gdańsk. Tam jest mój trzeci dom.

do utraty tchu blog
do utraty tchu blog
do utraty tchu blog
do utraty tchu blog


🌱🌻🌱


W ubiegłym roku spędziliśmy tam kilka letnich dni. Mogliście zobaczyć to we vlogach (koniecznie ustawcie najwyższą jakość 😎):

W tym roku znowu odwiedziliśmy Gdańsk, tym razem w wiosennej odsłonie.





Copyright © 2016 Do utraty tchu. Uważniej , Blogger