Co mi 2019 dasz? | One Little Word




W 2019 rok weszłam w ciszy. To takie milczenie z tych dobrych, kojących. Nie było żadnego podsumowania, planów na nadchodzące miesiące. Było wygodnie. Pod koniec grudnia miałam poczucie, że złapałam balans i jedynym, co postanowiłam to, że będę się go kurczowo trzymać. 


Trochę mnie jednak znacie. Przynajmniej ci, którzy są tu ze mną dłużej - lubię planować. Bardzo. Tylko, że codzienność z dzieckiem u boku i pracą na etacie nauczyło mnie, że jedyną pewnością jest zmienna. Musiałam dość szybko pojąć, że jedynym wyjściem jest umiejętność reagowania na to, co rzuci mi dzień. I wykorzystanie każdej chwili na maxa. Albo ewentualne olewanie i nie robienie nic. Albo robienie tylko tego, co było bezwzględnie potrzebne do przetrwania. 


Podsumowanie bez podsumowania

I choć nie planowałam, nie robiłam sobie żadnego rachunku sumienia, to jednak pod koniec roku coś mi tam w głowie kiełkowało. Tylko wciąż było nieokreślone. Ostatnie dwanaście miesięcy to był taki mały kryzys. W blogowaniu. W relacjach. W byciu sobą. Kilka kwestii musiałam przetrawić, nazwać po imieniu. Wymiksowałam się z niektórych spraw, które gniotły w środku. Wycofałam się z uwierających więzi, odpuściłam projekty i zaczęłam odgrzebywać asertywność, która drzemała gdzieś na dnie, przyciśnięta ambicją i przekonaniem, że dam radę. 

W grudniu oddychałam już lekko. Czułam się fair wobec siebie i tych, na których mi zależy. Bo wiecie, nie ma co ukrywać - dla mnie to, co w sercu zawsze będzie najważniejsze. Owszem praca jest dla mnie niezwykle istotna. Uwielbiam zadania, w których mogę rozwinąć skrzydła. Sięgnąć po coś, co wcześniej nie było w moim zasięgu. Jednak ostatnie miesiące wyraźnie uzmysłowiły mi, że to nie nowe stanowisko, kolejny wywiad, zaproszenie do telewizji sprawiają, że uśmiecham się na myśl o mijającym roku. To Ona. I On. Nie jest między nami idealnie, nigdy nie było. Kłócimy się, krzyczymy, tupiemy nogami. Ale każdego dnia pracujemy nad tym, co nas łączy. O to chyba w tym wszystkim chodzi. 




do utraty tchu blog

Planowanie bez planowania

W 2018 rok weszłam pełna entuzjazmu do planowania, tworzenia list, coraz bardziej lubiłam prowadzenie swojego bujo, o którym kilka razy pisałam, np. tu 👇:



Jednak z każdym kolejnym miesiącem ubiegłego roku mój zapał gasł jak wypalająca się zapałka. Gdy w połowie roku objęłam nowe stanowisko zupełnie odeszłam do planowania w bullet journal. To się po prostu u mnie nie sprawdziło. W obecnej pracy moje plany obejmują cały rok. Muszę mieć w każdej chwili dostęp do całego roku z miejscem na notatki. Spójrzmy na to racjonalnie - przy dwulatce i pracy na etacie, nie mogłam pozwolić sobie na luksus, aby wieczorami tworzyć rozpiski miesięcy na cały rok. Dlatego przerzuciłam się na gotowca.


do utraty tchu blog


Co teraz? 

W ten sposób jakoś tak wyszło, że podsumowałam ubiegły rok. I nawet wyciągnęłam pewne wnioski i chyba wiem, czego chcę, a co zupełnie mi nie leży. Nie będę się tu o tym rozpisywać. Wątpię, aby Was to interesowało. Jedyne, o czym chcę jeszcze wspomnieć to blog, to jak go widzę i co z nim dalej. 


2018 r. był dziwny pod względem blogowym. Niby pisałam, niby lubiłam to, aby później wycofać się na jakiś czas. Pogubiłam się, aby wrócić na innych zasadach. Chciałabym, aby to miejsce nadal tu sobie było, ale bez spiny i przymusu. Może się zdarzyć tak, że wpisy będą pojawiać się rzadziej, ale chciałabym, aby były one pisane z przekonaniem, szczerze i naturalnie. Nigdy nie czułam się dobrze w butach eksperta i nie chcę podążać tą drogą. Nie znajdziecie tu tekstów, w których będę Wam pisać jak żyć. Przecież nie tak miało być. 


Co mi 2019 dasz?

Słyszeliście kiedyś o One Little Word? Ja też nie. Do pewnego czasu, aż trafiłam na nie u Kasi z Worqshop. To projekt/inicjatywa/filozofia wymyślona przez Ali Edwards, która polega na wybraniu słówka przewodniego na dany rok. Ta mała zbitka literek ma towarzyszyć nam przez kolejne dwanaście miesięcy, ma czarować codzienność, a nasze działanie ma być nakierowane na te konkretne słowo i przesłanie, jakie za sobą niesie.


Nie byłam do tego przekonana. Do momentu, gdy czytając wpis Kasi o jej planach na nowy rok. Zupełnie przypadkiem do mojej głowy wprosiło się słówko, które tak domaga się uwagi, że już wiem. Ten rok zaczynam ze słowem FLOW*


do utraty tchu blog


Chcę, aby 2019 rok był czasem, kiedy znowu poczuję flow. Chcę zatracić się w tym, co robię, czego się podejmę. Nie chcę już tylko pisać o życiu tu i teraz, o cieszeniu się tym, co blisko. Chcę w końcu tak żyć. Do utraty tchu. 

Tego życzę i Wam. ❤



*FLOW | Przypływ - koncepcja psychologiczna, której autorem jest węgierski profesor Mihalyi Csikszentmihalyi. Oznacza ona takie doświadczenie, podczas którego uwaga jest maksymalnie skoncentrowana na konkretnym działaniu. Podczas wykonywania czynności osoba jest nią pochłonięta do tego stopnia, że nic innego się dla niej nie liczy. Myśli skupione są jedynie na tym, co robi. Stan przepływu to bardzo pozytywne doświadczenie, ponieważ daje ono dużą satysfakcję i zadowolenie. Tym różni się od doświadczeń czysto przyjemnych, że osoba będąca w tym stanie nie ma poczucia straconego czasu, a dana czynność rozwija ją intelektualnie bądź fizycznie. [źródło]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zostawisz swój ślad. Każdy Twój komentarz sprawia mi ogromną przyjemność.

Copyright © 2016 Do utraty tchu. Uważniej , Blogger