Drożdżowa miłość. Chałka tradycyjna

Drożdżowa miłość. Chałka tradycyjna

chałka tradycyjna


- Wiesz, mamo, że ciasto drożdżowe... - zagadnęłam z rozmarzeniem rodzicielkę zagniatając ciasto, co rusz wzbijając mączne chmury, które delikatnie osiadały na drewniany blat.  Jednak zanim ułożyłam rozsypane myśli, mama dodała:
- ..., że ma duszę. - zerknęła z rozbawieniem na mnie, jednocześnie przerzucając w ramionach moje siedmiokilowe szczęście. Podstępnie odwołała się do mojej romantycznej wiary w moc tego wypieku. Chciałam zaprzeczyć i opowiedzieć o niedawno odkrytych tajemnicach drożdży, ale szybko pojęłam, że tak - to właśnie dusza ciasta drożdżowego jest tym, co powinien wiedzieć każdy smakosz. To jest clou wszystkich drożdżowych rozważań. Ciasto drożdżowe żyje, oddycha, lubi dotyk ludzkich dłoni, ugniatanie palcami, drewniany blat, ciepło domu, nie przepada zaś za metalem. I gdy tak dumałam, układając w głowie strzępki dnia przerywane radosnym gaworzeniem Lilki, zrozumiałam, że wszystko jest bardzo proste. Że ta miłość do drożdży, do rytuału wygniatania, oczekiwania na wyrastanie jest we mnie od zawsze. I to nikt inny, jak właśnie moja własna mama pielęgnowała te ciepłe uczucia we mnie. Teraz tak sobie myślę, że chciałabym, aby taki był zapach mojej codzienności, abym nigdy nie zgubiła pasji życia i żebym potrafiła zapakować ją w porządny kartonik dobra, obwiązać wstążką miłości i przekazać ją Lili.


Musisz jednak wiedzieć, że to nie zawsze tak pięknie się układało. Bywało tak, że drożdżowe w ogóle mnie nie obchodziło, jakoś tak się mijaliśmy przy przygotowaniach. Owszem, już po, gdy było upieczone smakowało mi nieziemsko! Najlepiej z domowym dżemem lub z lepkim miodem. Pamiętam dokładnie dzień, w którym zrozumiałam, że czas zakasać rękawy i wyrobić pierwsze swoje ciasto. Oczywiście zdarzały mi się potknięcia, jakieś zakalcowate bułeczki, niewyrośnięty gniot lub pizza, na której można było połamać zęby. Bo drożdże trzeba odpowiednio podejść i traktować je z miłością. Inaczej nie urosną. Mnie, na przykład, każde spotkanie uczy czegoś nowego. Ostatnio podczas wypieku ciasta, o którym wspominam na początku (swoją drogą, było ze śliwkami i dużą porcją kruszonki!), dowiedziałam się, że nie lubi za małych form do pieczenia. No cóż, następnym razem będę pamiętać, żeby potraktować je królewskim tronem w postaci ogromnej blachy.


chałka tradycyjna


Pewnie zastanawiasz się do czego zmierzam? W sumie to do niczego. Chciałam Ci tylko powiedzieć, że drożdżowe ciasto jest bardzo wdzięczne, że warto się nauczyć je wyrabiać i że potem można przez dwa dni delektować się jego smakiem. Ponadto w domu będzie tak cudownie pachniało. I aby Cię przekonać, że to bardzo proste, to ma dla Ciebie łatwy przepis na chałkę. Wiesz, taką do śniadania z konfiturą, do kawy z miodem i na kolację z kakao.


CHAŁKA TRADYCYJNA


chałka tradycyjna


SKŁADNIKI


(z podanych składników upiekłam dwie duże chałki)

  • 45 dag mąki pszennej (przygotuj sobie dodatkowo mąkę, którą będziesz podsypywać ciasto podczas wyrabiania);
  • 100 ml ciepłego mleka;
  • 100 ml ciepłej wody;
  • 1,5 dag świeżych drożdży;
  • 2 jajka;
  • 2 łyżki masła;
  • 3 łyżki cukru;
  • 1 łyżeczka soli.


SPOSÓB PRZYGOTOWANIA


Drożdże rozpuść w ciepłym mleku, dodaj 2 łyżki mąki i 1 łyżeczkę cukru. Wymieszaj wszystko dokładnie, rozczyn przykryj ściereczką i odstaw na 15 minut w ciepłe miejsce (sprawdzona miejscówa to tuż obok lodówki). Zaglądaj jednak do niego, aby nie wypłynął. 


Gdy rozczyn będzie podwajał swoją objętość, Ty w tym czasie rozpuść dwie łyżki masła. Następnie pozostałą część mąki przesiej, wymieszaj z cukrem, solą, roztrzepanym jajkiem (odlej sobie troszeczkę na posmarowanie chałki przed pieczeniem), ciepłą wodą, wystudzonym roztopionym masłem oraz rozczynem. Gdy dodasz już wszystkie składniki, połącz je i wyrób gładkie ciasto. Na koniec przykryj je ściereczką i odstaw w ciepłe miejsce na około godzinę.


Gdy ciasto podwoi swoją objętość, podziel je na dwie części. Z każdej z nich zrób cztery kuleczki, które rozwałkujesz na równe wałeczki. Połącz cztery pasma ciasta i zapleć z nich chałkę. Jak? Ha, to dobre pytanie. U mnie to różnie wygląda. Według autora przepisu, z którego korzystam powinno się zewnętrzny wałek po prawej stronie przełożyć przez dwa sąsiednie wałeczki po lewej stronie, następnie zewnętrzny wałek po lewej stronie przełożyć przez dwa sąsiednie wałki po prawej. W ten sposób zapleść cały warkocz, a jego końce podwinąć pod spód. Cokolwiek to znaczy, to ja robię to bardzo kreatywnie i za każdym razem nie potrafię powtórzyć wykonanej kombinacji. 


Gotowe chałki przełóż na wcześniej przygotowaną blachę. Przykryj i pozostaw w cieple na kolejne 30 minut. Po upływie tego czasu posmaruj je rozmąconym jajkiem i piecz przez 30 minut w temp. 180 stopni C. 


chałka tradycyjna

chałka tradycyjna


* * *


Jedną chałkę pochłonęliśmy już na kolację. Taka ciepła, z miodem smakuje najlepiej. Drugą rozkoszujemy się trochę dłużej, ale dziś został już mi malutki kawałek do porannej kawy. I tak sobie myślę, że sobotnia kawa pięknie będzie prezentować się z drożdżowymi rogalikami z serem. Tak więc już wiesz, jak upłynie mi dzisiejszy dzień. Oby Twój był równie aromatyczny, ciepły na sercu (bo na zewnątrz to raczej nie) i smaczny!


chałka tradycyjna


Ściskam!


--------------------------------------
* Przepis pochodzi z książki Potrawy z ciasta drożdżowego, wyd. Buchmann, 2013.

Chodź, potulimy się... / Nosidełko Ergonomiczne Baby Tula

Chodź, potulimy się... / Nosidełko Ergonomiczne Baby Tula

nosidełko tula


Jeszcze, gdy Lili siedziała sobie bezpiecznie u mnie w cieplutkim brzuszku zawarłyśmy pewną umowę. Wiecie, taką jak dziewczyna z dziewczyną. A my nie z tych, co rzucają słowa na wiatr! O nie! Dlatego obietnicy dotrzymałyśmy i trwamy w niej już prawie pięć miesięcy. No, więc umówiłyśmy się tak po babsku, że będziemy się często tulić. Tak bardzo mocno, aż do utraty tchu. :) I tulimy się z całych sił, nosimy się też przy okazji. I choć moje ręce czasami wydłużają się niczym szyja u żyrafy, to nie żałuję ani sekundy, że nie posłuchałam dobrych rad cioteczek, że nie noś, no mówię, nie noś, bo przyzwyczaisz i wtedy to zobaczysz, będziesz nosić. Noszę, a co! I tulę, bo moje dziecię tego chce i potrzebuje, a dla mnie to kolejny sposób na okazanie miłości i bezwarunkowego oddania. 


Gdy jeszcze Lilka była sobie w tym okrągłym baloniku, pod moim sercem, to czułam, że tak będzie. No, że przyzwyczaję i że ta mała cwana lisiczka będzie na nas wymuszać krzykiem i minkami, aby ją nosić. Właśnie wtedy trafiłam na stronę Tuli - firmy, która produkuje nosidełka i chusty dla maluszków. Zobaczyłam i zakochałam się! Wiedziałam, że to będzie taka moja macierzyńska zachcianka, na którą sobie pozwolę. Ale...


No właśnie, dlaczego jeszcze nie mam Tuli? Otóż początkowo Lili była według mnie za malutka na nosidełko i czułam, że musimy jeszcze trochę poczekać. Potem nadszedł czas naszych wymarzonych wakacji (relację z pobytu nad morzem możecie przeczytać TU) i wiedziałam, że spacery po plaży będą niemożliwe bez odpowiedniego nosidełka. I już, już prawie kupiliśmy, ale... Zaczęłam się głowić, czy taki zakup tuż przed wyjazdem to odpowiednia decyzja. Musicie wiedzieć, że Tula jest dość droga (to koszt około 500 zł), a ja obawiałam się, czy Lila polubi taką formę noszenia. I wtedy z pomocą przyszła mi wypożyczalnia nosidełek. Nie wahałam się, postanowiłam, że to będzie nasza próba. 


nosidełko tula


Córeczka bardzo polubiła taką Tulową bliskość, a my spokojnie mogliśmy spacerować brzegiem morza. I choć pozycja, którą narzucało nosidełko to zalecana pozycja żabki, my jednak staraliśmy się, aby Lilunia nie była zbyt długo w nosidle. Niemniej nosidełko podczas naszego wyjazdu to był strzał w dziesiątkę - nie wyobrażam sobie pchania wózka po piachu, tak samo jak odpuszczenia spacerów po plaży. 


Po powrocie do domu, nosidełko zostało zwrócone, a my nadal tulimy się naturalnie, bez wspomagaczy. Dlaczego? To dość proste, przekonaliśmy się, że na co dzień nosidełko to dla nas dość zbędny wydatek. Jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, że tatuś Lilki jest często z nami i to on zajmuje się zakupami, pomaga mi również z wynoszeniem wózka, gdy wybieramy się na spacer (mieszkamy na drugim piętrze w bloku bez windy). Gdybym zostawała z małą sama od poniedziałku do piątku i miała na dodatek psa do wyprowadzania, Tula sprawdziłaby się doskonale. Co więcej, byłaby niezbędna! A tak dajemy radę. :) 


Jednak jeśli Ty, droga mamo szukasz czegoś, co pozwoli Ci szybko wyjść z maluchem z domu, a musisz robić to często; a może Twój dzidziuś lubi się tulić, a Ty masz całą listę domowych obowiązków do wykonania, to sądzę, że nosidełko Tula może być tym, czego potrzebujesz. 


nosidełko tula


Na zakończenie mam dla zainteresowanych kilka informacji:
  • nosidełka Tula kosztują zazwyczaj powyżej 400 zł;
  • dla maluszków poniżej 6 kg potrzebna jest wkładka niemowlęca, którą należy dokupić (my również z niej korzystaliśmy podczas noszenia);
  • nosidełko jest miękkie i bardzo łatwe w obsłudze - myślę, że poradziłabym sobie sama z włożeniem i zapięciem Lilki do nosidełka;
  • nosidełka Tula pozwalają dzidziusiowi na przyjęcie naturalnej pozycji żabki z zaokrąglonymi pleckami;
  • do nosidła dołączony jest kapturek, który jest bardzo dobrym rozwiązaniem w wietrzny dzień; ma również kieszonkę, w której można schować np. klucze.

* * *

Gdy widzę rodzica niosącego malucha, który biedny zwisa bezwładnie w nosidle, a jego cały ciężar opiera się na kroczu, to czuję ból tego dziecka i głupotę dorosłego. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ktoś świadomie decyduje się na wyrządzeniu krzywdy takim małym istotkom. Dlatego po wypróbowaniu nosidełka ergonomicznego Tula z pełnym przekonaniem poleciłabym tę formę bliskości. Jednak we wszystkim należy znaleźć umiar i na co dzień wolę, aby moje ręce wydłużały się jak kilometry na autostradzie podczas dźwigania mojej dziewczynki. 


A Wy jak się tulicie? Czy rodzicielstwo bliskości jest dla Was równie ważne, jak dla nas? My jesteśmy z tych miętusowych i tulaśnych... :) 


_______________________________________________

Chciałabym nadmienić, że tekst ten nie jest sponsorowany, a nosidełko wypożyczyłam we własnym zakresie. 



Cześć! Mam na imię Ola i jestem książkoholikiem...

Cześć! Mam na imię Ola i jestem książkoholikiem...

do-utraty-tchu


Tak, czas się przyznać - książki są moim nałogiem. Wypełniają mój świat i nie wyobrażam sobie, abym zrezygnowała z tej pasji. Z literaturą związany był kierunek moich studiów, to ona jest najważniejsza w mojej pracy, przy niej odpoczywam, o niej piszę i uwielbiam rozmawiać. Marzę o tym, aby Lilka pokochała książki równie mocno, jak ja. Dlatego już od początku staram się jej czytać, oglądamy razem kolorowe ilustracje, pozwalam jej przewracać kartki - choć robi to jeszcze bardzo nieporadnie, ale tak uroczo, że moje polonistyczne serce wypełnia szeleszcząca radość. :) 


Dlaczego o tym wszystkim piszę? Jakiś czas temu Kasia z bloga Na regałach zaprosiła mnie do zabawy Libster Blog Award, dzięki której czytelnicy mogą poznać bliżej blogerów. Przyznam się, że to pierwszy raz kiedy będę w tak bezpośredni sposób opowiadać o sobie. Choć w każdym napisanym tekście odkrywam przed Wami jakąś cząstkę siebie, to teraz mam za zadanie odpowiedzieć na konkretne pytania, które przygotowała mi Kasia. Bardzo się cieszę, że dzięki Kasi nadal pozostaję w czytelniczych kręgach. Dziś zdradzę Wam, co mi w mojej literackiej duszy gra. Gotowi? No, to zaczynamy! :)


książki



Jaka była najpiękniejsza książka o miłości, którą przeczytałaś?

Z pewnością była to książka Wichrowe Wzgórza Emily Brontë. Uwielbiam tę historię! To opowieść o niezwykłym uczuciu, ale jednocześnie jest w niej tyle okrucieństwa, nienawiści, zazdrości i rywalizacji. Brontë w doskonały sposób ukazała prawdziwą ludzką naturę. Miłość jawi się tu w sposób szalony, gwałtowny i niebezpieczny, idealnie romantyczny. Do dziś pamiętam jak po raz pierwszy chłonęłam każde słowo tej powieści, wzruszałam się, a jednocześnie miałam gęsią skórkę podczas czytania mrocznych fragmentów. Tak, Wichrowe Wzgórza i nieobliczalny Heathcliff to zdecydowanie moje literackie klimaty.

Ponadto musicie wiedzieć, że ja przepadam za książkami o miłości. Namiętnie się w nich kocham. Jednak nie mam na myśli tylko i wyłącznie miłości damsko-męskiej, bo jeszcze bardziej intrygują mnie powieści, które pokazują jak ogólnie trudnym uczuciem jest miłość. Do każdego - rodziców, dzieci, rodzeństwa, przyjaciół. Głęboko wierzę, że nie ma nic ważniejszego w życiu niż miłość. To ona dodaje skrzydeł, to nią oddycham każdego dnia, to dzięki niej żyję. 



Zawsze kończysz zaczętą już książkę?

Kiedyś z pewnością odpowiedziałabym, że tak. Dziś jednak szkoda mi czasu na czytanie lektur, które nie zajmują mnie w zupełności. Książki mają być dla mnie rozrywką, sprawiać mi przyjemność, skłaniać do refleksji, odkrywać nieznane. Jeśli nie otrzymuję tego, czego oczekuję - odkładam na półkę i sięgam po kolejną. Przecież jest jeszcze tyle do przeczytania!



Po literaturę jakiego kraju sięgasz najczęściej i najchętniej?

Zupełnie nie sugeruję się pochodzeniem autora podczas wyboru książki. Lubię czytać, gdy akcja toczy się w Nowym Jorku, w angielskim miasteczku, w paryskich kawiarniach... Jednak to nie jest decydujący czynnik, który sprawia, że sięgam po daną powieść. Zazwyczaj czytam blurb (opis książki umieszczony na tylnej stronie okładki), potem sprawdzam opinię na lubimyczytac.pl i wtedy już wiem, czy to lektura dla mnie. Mam również autorów, po książki których sięgam w ciemno. 



Jakie jest Twoje największe marzenie związane z książkami?

Pewnie jak każdego książkoholika - napisać własną! :D Jednak dziś z pewnością wystarczy mi to, że dzięki Uli z bloga Pełen Zlew stałam się bohaterką książki! Tak, moi drodzy, wystąpiłam w książce dla dzieci pt. Czytuś odkrywa tajemnice. Skąd się biorą książki?, a o której możecie przeczytać TU



książki



Ulubiona para książkowa (niekoniecznie miłosna)?

Hmmm ulubiona? Nie mam konkretnej, takiej, która według mnie jest idealnie rozpisana. Jednak bardzo podobała mi się relacja Rosie i Alexa z książki Love, Rosie Cecelii Ahern. Przyjaźń pomieszana z miłością i okraszona niebanalnym poczuciem humoru. Zarówno książkę, jak i film naprawdę polecam!



Najładniejsza wizualnie książka, którą posiadasz w swojej biblioteczce?

Z tym mam mały problem, bo książek nie posiadam (oprócz nielicznych egzemplarzy). :( Naprawdę, wszystkie książki, jakie czytam pochodzą z biblioteki. Z pewnością dlatego, że dzięki mojej pracy mam nieograniczony dostęp do książek. Jednak kiedyś, gdy przeprowadzimy się do większego mieszkania, będę miała swoją biblioteczkę. Wiecie, taką z białymi regałami, podświetloną małymi lampeczkami i wygodnym fotelem. ♥  I gdy już będę miała te białe regały, światełka i fotel, to wtedy z pewnością w mojej biblioteczce znajdzie się piękne wydanie klasyki romansu. 




Podaj 5 tytułów, które bardzo chciałabyś przeczytać, ale z różnych powodów boisz się za nie zabrać.

Zazwyczaj, gdy chcę coś przeczytać, to czytam. Tak po prostu. Jednak ze wstydem przyznaję, że mam okropne braki w klasyce literatury i bardzo mnie to smuci. Wierzę, że kiedyś znajdę czas na to, aby je nadrobić. I gdybym miała wskazać książki, które chciałabym przeczytać to byłyby to:

  • książki Jane Austen (z ogromnymi wypiekami zawstydzenia przyznaję, że nie przeczytałam jeszcze żadnej powieści Austen, a ekranizację Dumy i uprzedzenia z Keirą Knightley uwielbiam);
  • Harry Potter J. K. Rowling (uwielbiam ekranizację i oglądam za każdym razem, gdy jest powtórka w TV, ale z czytaniem wciąż się wstrzymuję. Mam ogromną chęć poznać historię małego czarodzieja z Lilką);
  • Władca Pierścieni i Hobbit J. R. R. Tolkien (jak wyżej);
  • chciałabym nadrobić zaległości w lekturach Dickensa, Tołstoja i Dumasa. 



Jaka jest Twoja ulubiona pora dnia na czytanie książek?

Obecnie czytam wtedy, kiedy śpi Lili. Jej drzemki tworzą plan mojego dnia i to im podporządkowuję wszystko, co robię. Jednak mam to szczęście, że posiadam umiejętność czytania w każdych warunkach i o każdej porze dnia. Dlatego bez problemu czytam na spacerze (i nie mam tu na myśli wygodnej ławeczki, a czytanie podczas spacerowania), czytam gotując, czytam pijąc kawę, czytam jadąc autobusem/pociągiem (teraz bardzo rzadko mi się to zdarza, ale po powrocie do pracy nadrobię zaległości), czytam w łóżku... Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. :) 


książki



W jaki sposób piszesz recenzje, wpisy na bloga? Sporządzasz notatki, czy może po prostu siadasz i od razu piszesz gotowy tekst na bloga?

Wszystko, co piszę, robię bardzo spontanicznie. Bywa tak, że budzę się o 5 rano i szybko spisuję zdania, które pojawiają się w mojej głowie. Moje teksty są odzwierciedleniem tego, co mi w danym czasie chodzi po głowie. Stąd emocjonalny, często bardzo osobisty wydźwięk moich postów. Nie sporządzam zazwyczaj żadnych notatek. Zapisuję zaś w telefonie, w notatniku pomysły na nowe wpisy, a podczas czytania robię zdjęcia odpowiednim fragmentom, które mogą być przydatne podczas pisania recenzji. Ponadto staram się pisać o książkach na bieżąco, gdy wrażenia po lekturze są jeszcze świeże, emocje wciąż żywe, a bohaterowie na wyciągnięcie ręki. 



Z jakiego wpisu na swoim blogu jesteś najbardziej dumna i dlaczego?

Z ponad 120 wpisów nie usunęłabym żadnego. Naprawdę! Każdy tekst tworzyłam z sercem i nie wstydzę się ani jednego. Jednak najbardziej cieszą mnie te, w których piszę o rodzinie i miłości. Bardzo lubię snuć historie o codzienności, która według mnie ma w sobie coś magicznego. Dlatego z ogromną przyjemnością zapraszam Cię do przeczytania szczególnie tych tekstów:


Dlaczego prowadzisz bloga?

Mój blog powstał z miłości do książek, do pisania, do życia. Po studiach brakowało mi rozmów o czytaniu. Praca w niewielkim stopniu zaspokoiła moje pragnienia o literackich dyskusjach, ale wciąż czułam, że mam więcej do powiedzenia. Chciałam pisać o pasji do dnia codziennego. Od ponad roku kolekcjonuję te ulotne chwile i jestem przeszczęśliwa, że jesteś tu ze mną, że czytasz, dzielisz się ze mną swoimi spostrzeżeniami. Jestem Ci naprawdę wdzięczna!


***


Muszę przyznać, że odpowiadanie na pytania Kasi sprawiło mi niemałą przyjemność. I tak sobie myślę, że bardzo fajnie byłoby, gdybyś to Ty opowiedział(-a) mi o sobie. Przyznaj się, która książka jest tą jedyną, jaki jest Twój gust czytelniczy, czy lubisz czytać rano, wieczorem, a może w nocy? A może chcesz odpowiedzieć na pytania Kasi u siebie na blogu? Śmiało, poczęstuj się pytaniami, tylko koniecznie daj znać w komentarzu, abyśmy mogli Cię odwiedzić.



Serdeczności,


Macierzyństwo (mnie) nie boli

Macierzyństwo (mnie) nie boli

macierzyństwo


Zanim zostałam mamą w mojej głowie malował się pewien obraz przyszłego macierzyństwa. Był różowy, sielankowy i ociekający słodyczą. Cóż, tak właśnie patrzę na świat, jest we mnie pewna naiwność, której naprawdę nie chcę się pozbyć. Co więcej, chciałabym choć odrobinę tej naiwności przekazać moim dzieciom, bo głęboko wierzę, że codzienność może być wyjątkowa. 


Gdy kilka miesięcy temu stało się jasne, że bije we mnie drugie serduszko, zaczęłam z większą intensywnością czytać wszelkie książki, artykuły i blogi parentingowe. Przeraziła mnie wtedy pewna powtarzalność, moda, trend - jak zwał tak zwał, w skrócie chodziło o odarcie z lukru, którym ocieka wykreowane przez media, współczesne rodzicielstwo. Zaintrygowana zaczęłam drążyć, pytać, dyskutować i z niepokojem dostrzegłam, że w dobrym guście jest narzekanie na okropną dolę bycia rodzicem. Serio? Tak, tak, zobaczysz, jak sama zostaniesz matką! Dziś, gdy już nią jestem jeszcze z większym niedowierzaniem pytam: SERIO? 


macierzyństwo


Szalenie interesuje mnie skąd bierze się ta chęć ukazania prawdziwego macierzyństwa. Dlaczego traktowane jest to jako coś niesamowicie przygnębiającego, a każdy pozytywny, lekki głos traktowany jest jako najcięższe działo skierowane w uciemiężone matki? 


Teraz, gdy dołączyłam do tego elitarnego klubu sądzę, że mam prawo głosu. Decyzja o chęci posiadania dziecka była u nas bardzo dojrzałą i świadomą decyzją. Od początku nie oszukiwaliśmy się i wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Nieprzespane noce, kolki, choroby, nieustanny płacz, brak swobody, spontaniczności, a to wszystko okraszone codziennymi obowiązkami, większymi wydatkami i bezradnością żółtodziobów. Tak, mieliśmy to na uwadze. Jednak dla mnie o wiele istotniejsze było to, co da nam Lilka. Jeśli w grę wchodzi żywa istotka, tak bezbronna i jednocześnie oddana w swej bezwarunkowej miłości, to czy możemy robić rachunek zysków i strat? Czy licytowanie się, kto ma gorzej jest tym, czym chcemy zaprzątać sobie głowę?


Owszem, są sprawy z których się nie żartuje, a wręcz należy podejść do nich z empatią i powagą - to z pewnością depresja poporodowa i baby blues. To nie są fanaberie młodych, niedoświadczonych matek, to problem, o którym należy mówić głośno. Jednak ja mam na uwadze zupełnie coś innego - to narzekanie dla zasady. Jeśli nie chorujesz, Twoje dziecko również jest zdrowe, to czy sam fakt bycia rodzicem zobowiązuje do niezadowolenia? 


macierzyństwo


Od początku starałam się podchodzić do mojej nieporęczności i niezdarności w byciu rodzicem z uśmiechem. Jestem przekonana, że pozytywne nastawienie uchroniło mnie przed popadnięciem w szarość codzienności. Gdy Lilka płakała, a ja nie wiedziałam jak jej pomóc, czułam się zupełnie bezradna. Jestem zwolenniczką karmienia na żądanie. Nie podporządkowałam się radom stałych odstępów między karmieniem, bo gdy moje dziecko domaga się bliskości to daję mu to, co najlepsze. Przez pewien czas broniłam się przed podaniem smoka, ale gdy zrozumiałam, że to mały ssaczek przegoniłam wyrzuty sumienia. Wierzę, że poradzimy sobie z odstawieniem naszego uspokajacza. Ufam sobie i mojemu dziecku. Za każdym razem, gdy czuję zmęczenie powtarzam sobie, że Lili tylko raz będzie miała miesiąc i jeden dzień, dwa miesiące i trzy dni, trzy miesiące i pięć dni... Rozumiesz, prawda? Mnie to pomaga. Lubię widzieć pozytywne aspekty mojego obecnego stanu i docenić je zanim przeminą.


Chciałabym, abyśmy się zrozumiały. Nie mam na celu oczerniania matek, które głośno mówią o swoim zmęczeniu i niezadowoleniu. Ja również bywam padnięta, nie chcę gloryfikować i obtaczać watą cukrową faktu bycia mamą. Niemniej uważam, że jest w tym coś wyjątkowego i zamiast skupiać się na fizyczności, swoich słabościach, o wiele lepiej dla Ciebie, tak właśnie dla Ciebie, będzie, gdy dostrzeżesz magię lub groteskę codzienności. Czasami lepiej wrzucić na luz, uśmiechnąć się i nie spinać za każdym razem, gdy ktoś nie chce postawić pomnika na cześć zniewolonych matek.


macierzyństwo


Szczerze przyznaję, że inspiracją do tego tekstu była Nishka, która w artykule Mój plan na bycie mamą niemowlęcia: prosto, naturalnie i z humorem ubrała w słowa wszystkie moje matczyne myśli. Postanowiłam, że w końcu wyrzucę to z siebie. Trochę pomogło. ;) Czasami tylko, gdy ktoś pyta nas z kpiącym uśmiechem: I jak?, oczekując od świeżo upieczonych rodziców litanii narzekań, a my z euforią odpowiadamy: Świetnie! Naprawdę świetnie! Uwielbiamy te nasze nowe role., widzimy wtedy niedowierzanie pomieszane z niechęcią i niezrozumieniem. Ale po chwili wahania, nadchodzi opamiętanie i leci w nasze szczęśliwe twarze riposta: Aaaa no tak, poczekajcie jeszcze trochę, to dopiero się zacznie! :D


Pewnie tak, ale wiesz, ja wolę być taką mamą, ciągle podrygującą, śmiejącą się jak głupi do sera, taki trochę Święty Mikołaj na prozacu. Głęboko wierzę, że to, co dobre puszczone w świat kiedyś wróci. I nie mam zamiaru nikogo przepraszać za to, że mam dziecko. Nie mam zamiaru prosić, aby ktoś wielbił mnie za to, że mam dziecko. Mam zamiar być szczęśliwą mamą, która każdego dnia dziękuję losowi za to, że ma dziecko!



Morza szum... / Półwysep Helski

Morza szum... / Półwysep Helski

jastarnia


Olsztyn powoli otula się jesienną mgłą. Ciepłe promienie słońca jeszcze dziarsko przedzierają się przez tańczące gałęzie wierzby, ale ja odnoszę wrażenie, że to zapowiedź pożegnania. W powietrzu unosi się zapach nadchodzących długich wieczorów i mimo, że wyraźnie wyczuwam obietnicę powrotu i powtarzalności, to gdzieś w głębi czai się smutek podszyty tęsknotą za tym, co już minęło. To był piękny czas. Tak po prostu. Bez pośpiechu, bez rozstań, kompletny, wypełniony nieskrępowanym śmiechem, pysznym jedzeniem, dotykiem małych rączek, które wszystko kierują do bezzębnej buźki, długimi spacerami brzegiem morza, szumem fal... No, było tak, jak sobie wymarzyłam! I dlatego tak mi żal, że to już. Przecież wciąż czuję rozgrzany piasek pod stopami, z palców oblizuję rozpływające się w letnim upale lody, a nocą słucham koncertu świerszczy. 


W tym roku długo zwlekaliśmy z naszym urlopem. Powód był dość oczywisty - Lilka. Nie chcieliśmy narażać jej zbyt wcześnie na długie podróże, dlatego końcówka wakacji wydawała nam się odpowiednią porą. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że może nam się trafić tak piękna pogoda. Było upalnie, ale dzięki morskiej bryzie te okropnie wysokie temperatury w ogóle nie były męczące. Wybór miejsca również okazał się idealny, bo ani ja, ani A. nigdy wcześniej nie byliśmy na Półwyspie Helskim. Ponadto dzięki uprzejmości Magdy (Save the Magic Moments) trafiliśmy do uroczego pensjonatu z przemiłą gospodynią oraz zatoką i portem tuż obok.


jastarnia

jastarnia port

jastarnia port


Jak wyglądały nasze pierwsze wakacje z Lilianką? Cudownie! I wcale nie koloryzuję, nie upiększam i nie ściemniam - nasza córka to złote dziecko, uśmiech pojawia się na jej buźce jeszcze zanim otworzy oczy, a marudzi tylko wtedy, gdy jest głodna lub chce spać. Karmiłyśmy się wszędzie (nawet na przystanku autobusowym, gdy zabrakło ławek przy ścieżce dla pieszych), przebierałyśmy na ławce w parku i cieszyłyśmy się każdą chwilą. 


Większą część czasu spędziliśmy w Jastarni, która według mnie jest idealnym miejscem dla rodzin - mnóstwo ścieżek do spacerowania, piękne położenie i plaża, którą można spokojnie przejść do pobliskich miejscowości. Oczywiście mogłabym ponarzekać na tłumy, na komercję, lokale, ale po co? ;) Stragany to stały punkt w każdej turystycznej miejscowości. Restauracje, które odwiedziliśmy były dla nas wystarczające. A inni turyści? No cóż, ponownie z radością stwierdzam, że mieliśmy szczęście, bo nie było przepychania się na deptakach i kilometrowych kolejek. 


jastarnia

jastarnia

jastarnia

jastarnia zatoka

jastarnia zatoka


Podczas naszego pobytu nad morzem postanowiliśmy odwiedzić również Hel. I wiecie co? Dla mnie to magiczne miejsce! ♥ Takie pachnące latem, lepkie od zimnej oranżady, rozkrzyczane śmiechem dzieci i wrzaskiem mew. I choć nie przepadam za rybami, to zapach portu i świeżo złowionego obiadu był tak bardzo właściwy. Jednak największą atrakcją były dla nas foki. Takie prawdziwe i rozkosznie obłe. Nie wiem na ile czteromiesięczne dziecko potrafi zrozumieć, że foki są fajne, ale Lili była nimi zachwycona.


fokarium hel

fokarium hel

fokarium hel

do-utraty-tchu

hel

hel

hel

hel

hel


Lato powoli się z nami żegna, miejska codzienność puka do drzwi, ale my dzielnie walczymy z szarością dnia powszedniego. Spacerujemy, tulimy się, czytamy, tańczymy (Lilka ostatnio odkryła moc muzycznych pląsów) i łapiemy każdą słoneczną chwilę. Nasze wakacje jeszcze trwają - przed nami osiem pięknych miesięcy. ♥


Ściskam!




Copyright © 2016 Do utraty tchu. Uważniej , Blogger