#poprostużyj


#poprostużyj


Po prostu żyj. Nie od jutra, nie przez chwilę, ale wciąż niezmiennie doceniaj każdą chwilę. Wiem, to brzmi tak patetycznie i banalnie. Między pospiesznym śniadaniem, szybką toaletą, ekspresowym sprzątaniem, obiadem w biegu i stertą prasowania ciężko wcisnąć kontemplowanie jak pięknie wschodzi i zachodzi słońce... Ale warto. Ja zwolniłam już jakiś czas temu. Początkowo powoli zaczęłam odrzucać ciężar codziennych obowiązków, starałam się częściej uśmiechać, doceniać, że mogę być tu i teraz. A potem pojawiły się dwie kreseczki i świadomość, że biją we mnie dwa serca zmieniło wszystko. To nie jest też tak, że posiadanie potomstwa uszlachetnia, a pozostała bezdzietna część populacji to wyjałowione jednostki. Po prostu czasami w naszym życiu pojawia się ktoś, kto ogarnie ten cały bałagan w głowie, odkurzy zapomniane kąty, poukłada rozrzucone myśli i wyciągnie z głębi szafy uczucia, o których istnieniu nawet nie miało się pojęcia. Być może ten ktoś wcale nie zjawia się nagle, ale jest obecny i tkwi przy nas każdego dnia, a my w tym biegu nie widzimy, jak pusto byłoby bez niego. 


#poprostużyj


W moim życiu najpierw pojawił się A. Najwierniejszy przyjaciel, ostoja spokoju i cierpliwości, która przetrzyma każde moje zachwianie. Później ze splotu wspólnych chwil, podszytych oddaniem i miłością powstała Lilianka, nasze spełnione marzenie. Od tamtej pory każda minuta jest dla mnie na wagę złota. Chwytam sekundy, oddycham Ich oddechem, dotykam, całuję i wciąż zastanawiam się, czy to nie sen. I właśnie w takich momentach powraca natarczywa myśl, że może nie powinnam obnosić się z tym szczęściem, że należy trzymać je w ukryciu przed zawistnym wzrokiem losu. Przecież ta bańka, w której tkwimy może w końcu pęknąć, zburzyć ustalony bieg, wprowadzić chaos w uporządkowaną rzeczywistość. 


#poprostużyj


Wystarczyła maleńka rysa, diagnoza rzucona w przestrzeń, długie godziny na skrzypiącym szpitalnym łóżku i niekończące się modlitwy, że nie chcę nic więcej. Palące łzy strachu i ta bezsilność powoli odchodzą w zapomnienie. Początkowo chciałam wyrzucić te wspomnienia z mojej pamięci, zatrzeć nieprzyjemny smak żalu i poczucia winy, że to pewnie przez tą radość wypisaną na mojej twarzy. Jednak tak sobie myślę, że to wszystko stało się znowu po coś. Może po to, abym ponownie spojrzała na Nich i po prostu zapragnęła znowu tylko żyć. Ot tak, budzić się z pierwszymi promieniami słońca, czuć delikatny sierpniowy deszcz, który osiada na mnie niczym poranna mgła. Patrzeć na Nią z dumą, gdy po raz pierwszy sięga samodzielnie po ulubionego pluszaka, śmieje się w głos z Jego zabawnych min. To wystarczy, wystarczy aż nadto.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zostawisz swój ślad. Każdy Twój komentarz sprawia mi ogromną przyjemność.

Copyright © 2016 Do utraty tchu - żyj, kochaj, czytaj! , Blogger