Lodowa pani. Recenzja powieści "Królowa lodów z Orchard Street" S. J. Gilman

krolowa-lodow-z-orchard-street



Lubię bajki. Takie, które są dla mnie pokrzepieniem w szarości dnia codziennego. Z księżniczką, którą rośnie w siłę i staje się królową. Gdzie dobro zwycięża nad złem. Jednak podczas ostatniej wyprawy w papierowy świat okazało się, że jeszcze bardziej lubię historie, które wcale bajki nie przypominają. Gdzie białe nie zawsze jest białe i tak oczywiste. Gdzie królowej daleko do krystalicznej czystości. Wręcz przeciwnie - ocieka sarkazmem, przebiegłością, sprytem, a czasem zwykłą złośliwością. 


Muszę się przyznać, że pokochałam królową, która choć jest bohaterem powieści, to bliżej jej do antybohatera. Poznajcie Malkę, a może Lillian Dunkle, królową lodów z Orchard Street.


krolowa-lodow-z-orchard-street



Jest rok 1913. Mała Malka Treynovsky wraz z rodzicami i trzema siostrami ucieka z Rosji do Nowego Jorku. Do świata, gdzie praca czeka tuż za rogiem, drzewa uginają się od jabłek, każdy zajada się czekoladkami, ubrany w najdroższe stroje... Tak miało być, ale rzeczywistość okazuje się okrutna - brudny kąt w kamienicy, głód, katorżnicza praca, a czasem po prostu żebranie. 


"Stojąc w tym cuchnącym moczem, ciasnym korytarzu, czułam się kompletnie zagubiona. Nie opracowałam żadnego planu poza tym, żeby pukać do drzwi; nie sądziłam, że ktokolwiek w ogóle zareaguje. Ale potem przypomniałam sobie jedną z piosenek, które wymyślałam w Wiśniewie. [...]
Flora stała przez chwilę jak wryta, patrząc na mnie z niedowierzaniem. Wbiłam w nią wzrok. Poniewczasie zaczęła się obracać.
Mężczyzna próbował klaskać do rytmu, ale po chwili się poddał, bo moja piosenka nie miała ustalonego rytmu. Piałam coraz cieńszym głosem, który zdawał się żyć własnym życiem. Chwilę później staruszek przerwał mi w połowie taktu, a Florze w połowie obrotu.
- Może zróbmy tak... [...]. Zapłaciłem wam centa za śpiew i centa za taniec. Teraz dam wam jeszcze dwa, żebyście przestały.
Miałyśmy cztery centy. Zarobiłyśmy z Florą na pierwszy posiłek w Ameryce."
(S. J. Gilman, Królowa lodów z Orchard Street, przekł. B. Janczarska,
wyd. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2015, s.62.) 



Podczas kolejnego, obrzydliwie biednego dnia Malka ulega wypadkowi - zostaje stratowana przez konia. Okaleczona dziewczynka traci nie tylko sprawność w nodze, ale także rodziców. Po co im kolejna gęba do wykarmienia, która na dodatek nie potrafi sama na siebie zarobić? A że to gęba bezbronnej pięciolatki? No cóż, niech sobie radzi! I tak Malka trafia do swego oprawcy, a może wybawiciela - przygarnia ją włoski lodziarz. To tam, wśród obcych, głośnych katolików mała Żydówka uczy się sztuki wyrabiania domowych lodów, sprytu, przebiegłości i zaradności. Tak rodzi się amerykańska królowa lodów.



krolowa-lodow-z-orchard-street



Poznając losy najpierw małej Malki, później Lillian Dinello, w końcu Lillian Dunkle ciężko uwierzyć, że to postać wykreowana przez Susan Jane Gilman. To kobieta na wskroś prawdziwa, autentyczna, wręcz historyczna. Uderzający jest rys tej postaci, jej losy poruszają do głębi. Naprawdę rzadko zdarza się, aby fikcja literacka wydała tak realistyczną bohaterkę, która jest zabawna, intrygująca, niesamowicie inteligentna, ale również bezwzględnie szczera, konsekwentna i bezczelna. Nie ma w niej nic papierowego, sztucznego i nudnego. 


Lillian bez żadnych słownych upiększaczy wyraża swoje zdanie i właśnie to spowodowało, że pokochałam tę postać od pierwszych stron. Nie owija w bawełnę, opisując swój stosunek do lodów, które przecież okazały się kluczem do jej sukcesu.


"A jednak, moi mili, prawda jest taka, że lody wcale nie dawały mi szczęścia. Naturalnie, ilekroć kładłam je na język, czułam eksplozje rozkoszy. Ale nie dało się ich przeżuwać, zachować w ustach na dłużej i oszukać głód. Jak tylko zaczynałam lizać łyżkę, nieuchronnie się topiły. Gdy tylko pan Dinello znikał u siebie na górze, zostawiając mnie w kuchni z bałaganem, słodycz na moim języku była już tylko wspomnieniem. To jak wtedy, gdy się kocha - ledwo skończyłam, ogarniało mnie dojmujące poczucie straty. "
(S. J. Gilman, Królowa lodów z Orchard Street, przekł. B. Janczarska,
wyd. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2015, s. 123.) 



krolowa-lodow-z-orchard-street



Ponadto warto zwrócić uwagę na tło powieści. Autorka wiernie odtworzyła rzeczywistość Stanów Zjednoczonych XX wieku - problem imigrantów, epidemie, ogromną biedę i głód, ale także ciężką pracę i możliwość odniesienia sukcesu. Gilman pokazała również dwie strony medalu amerykańskiego snu - można równie szybko wejść na szczyt, jak i z niego spaść. Choć droga na wyżyny Lillian Dunkle nie była ani błyskawiczna, ani łatwa...


Na koniec pozwolę sobie podsumować moje wywody ulubionym powiedzeniem Lillian. Ukamienujcie mnie, jeśli Królowa lodów z Orchard Street S. J. Gilman to nie jedna z lepszych powieści, jakie ostatnio czytałam! 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zostawisz swój ślad. Każdy Twój komentarz sprawia mi ogromną przyjemność.

Copyright © 2016 Do utraty tchu - żyj, kochaj, czytaj! , Blogger