Dieta bez pszenicy. Moda czy droga do zdrowia?

Do utraty tchu


Zdrowe odżywianie zyskało w ostatnich latach na popularności. Przychodzi taki moment, że większość z nas stawia sobie za cel uzyskanie wymarzonej sylwetki, zmiany w sposobie odżywiania, czy po prostu poprawę jakości życia. Staliśmy się bardziej uważni, świadomi i otwarci na to, co napływa do nas z różnych stron świata. Wyparował z nas konserwatyzm w codziennym życiu, a wręcz zachłannie chłonęliśmy nowe. Jednak w tym pędzie nowoczesności można najzwyczajniej się pogubić.

Dlatego przyszła refleksja nad tym, co nas otacza. Zaczęliśmy przyglądać się nie tylko naszym relacjom z innymi ludźmi, ale także pracy, która wypełnia większość naszego dnia. I tak slow life wkroczyło na salony myśleniowe Polaków, zajrzało do naszej szafy  (slow fashion), po drodze zahaczając o lodówkę (slow food).

Sztuka uważnego życia bardzo mi odpowiada i na tyle, ile potrafię staram się oswoić ją z moją rzeczywistością. Wolniej - to hasło, które ostatnio wyjątkowo często pojawia się w moim słowniku. Smakuję chwile, przeżuwam je pięć razy, zanim połknę, ale już nie wypluwam. Wyciskam z nich ostatnie krople, a ich smak zapisuję w prywatnym dzienniku wspomnień. Przedmioty podlegają selekcji, walczę by nie kolekcjonować, nie gromadzić tego, co zbędne. Podobnie jest z jedzeniem - czytam etykiety, wciąż uczę się wybierać to, co wartościowe i odrzucam śmieciówki. Częściej wracam do zasady zrób to sama, nie kupuj.

O tyle, ile potrafię zrozumieć zainteresowanie slow life, to nowinki dietetyczne często budzą moją nieufność. Nie ogarniam tych wszystkich diet, zdecydowanie skłaniam się ku racjonalnemu odżywianiu. Jednak na męża wybrałam osobę bardzo aktywną, którą bez trzech/czterech treningów w tygodniu roznosi energia. Lubi też zgłębiać wiedzę na temat zdrowej żywności. Nie widzę w tym nic złego, bo to dzięki Niemu zaczęłam przykładać większą wagę do tego, co zjadam. Niemniej to ja wciąż jestem tą bardziej elastyczną w wybaczaniu sobie kulinarnych grzeszków. 


Do utraty tchu


Tuż po świątecznej dyspensie, mój mąż zaczął znów wprowadzać dietetyczne nowinki. Po początkowym buncie - wyluzowałam, bo nikt ciężarnej nie odmówi wiejskiej bułeczki z Lidla. Jednak jego całkowita rezygnacja z pszenicy zaczęła mnie intrygować. W sklepie przyglądałam się etykietom, szukałam bezpszennych produktów i okazało się, że znalezienie takowych na półkach jest naprawdę trudne. Chleb żytni w rzeczywistości jest chlebem żytnio-pszennym, podobnie rzecz się ma z makaronami. Przyrządzenie naszych ulubionych dań stało się frustrujące. I właśnie wtedy postanowiłam zapoznać się z książką Dieta bez pszenicy Williama Davisa.

Autorem książki jest kardiolog, który stara się popularyzować bezpszenną dietę. Co prawda, Davis wiele miejsca poświęca celiakii, ale między wierszami bez problemu odnajdziemy informacje o wpływie pszenicy na nasz organizm. Musze przyznać, że te fragmenty trochę mnie przeraziły. Autor przekonuje, że możemy katować się ćwiczeniami, stosować diety, a z naszych starań i tak może nic nie wyjść. Problem tkwi w pszenicy. Eliminując ją, oczyszczamy nasz organizm - poprawia się praca nie tylko jelit, ale także możemy pozbyć się problemu z cukrem, powstrzymać proces starzenia, choroby serca, kości, skóry i mózgu! 

Nadal niedowierzający uśmiech od czasu do czasu pojawia się na mojej twarzy, ale po lekturze tej książki jakby trochę przyblakł. Przypomniały mi się wszystkie moje wizyty u gastrologów, wydane pieniądze na leki, wmawianie mi zespołu jelita drażliwego, nietolerancji laktozy, odgrywania roli królika doświadczalnego, ale przede wszystkim przywołanie tego okropnego bólu. I wiecie co? Postanowiłam, że nie będę się rzucać na głęboką wodę, ale małymi kroczkami zacznę eliminować pszenicę z naszej kuchni. 

Oczywiście ja wciąż po nią sięgam, ale mój mąż jest bardzo konsekwentny. Efekty odstawienia widać u niego "gołym okiem" - stan jego skóry znacznie się poprawił. 

Dziś mam dla Was dwa wypróbowane i bardzo proste przepisy na naleśniki z mąki jaglanej oraz placki z mąki jaglano-amarantusowej. Zaczynam również przygodę z własnoręcznie zrobionym chlebem, ale zanim się nim pochwalę muszę pokarmić trochę rozczyn z drożdży. :)


Naleśniki z mąki jaglanej


Do utraty tchu


SKŁADNIKI 

1 szkl. mąki jaglanej
1 szkl. mleka (u mnie bez laktozy)
2 jajka
2 łyżki oleju
szczypta soli

opcjonalnie: zapach wanilii

Zrobienie naleśników nie jest jakąś wyjątkową sztuką, dlatego nie będę się rozpisywać. Mąkę przesiewamy, wlewamy mleko, wbijamy jaja, dodajemy olej i sól - dokładnie mieszamy.

Przygotowane ciasto odstawiamy na około 15 minut.

Naleśniki smażyłam na oleju kokosowym. Jeśli chodzi o dodatki to nie ma tu żadnych ograniczeń, według uznania. My swoje naleśniki zjedliśmy z musem z banana i kiwi. 

Naleśniki są bardzo sycące, ale i twardsze od tych zrobionych z mąki pszennej. Jednak w smaku są bardzo smaczne i bez problemu można zastąpić nimi te tradycyjne.


Placki z mąki jaglano-amarantusowej


Do utraty tchu


SKŁADNIKI

1 szkl. mąki jaglanej
1 szkl. mąki amarantusowej
1 jajko
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka cukru trzcinowego
1 szkl. wody
1 łyżka miodu

opcjonalnie: starta skórka pomarańczy i trochę wyciśniętego soku z pomarańczy lub kilka kropel aromatu pomarańczowego

Przesiewamy mąkę, dodajemy do niej proszek do pieczenia, cukier, miód i na koniec wodę i lekko roztrzepane jajko.

Placki smażyłam na oleju kokosowym. Ponadto proponuję nabierać ciasto zwykłą łyżką stołową. Łyżka wazowa może być za głęboka, bo ciasto jest dość gęste.

Placki podałam z konfiturą z pigwowca i nieskromnie przyznam, że były pyszne! Aromatyczne i miękkie, a w połączeniu z pigwowcem po prostu niebo w gębie. :)


Czy eliminacja pszenicy to kolejna dietetyczna moda, czy rzeczywiście jest to wkroczenie na drogę ku zdrowiu? Może ktoś z Was zboczył już na tę bezpszenną ścieżkę - z chęcią dowiem się, jakie są Wasze wrażenia. U mnie to zdecydowanie początek. Nie wiem, czy będę konsekwentna w działaniu, bo nie ukrywam, że uwielbiam pszenne produkty - makarony, chrupiące bułeczki i wszelkie drożdżowe wypieki na mące pszennej. 
Kolejnym krokiem jest wyrób własnego pieczywa. Trzymajcie za mnie kciuki! 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zostawisz swój ślad. Każdy Twój komentarz sprawia mi ogromną przyjemność.

Copyright © 2016 Do utraty tchu - żyj, kochaj, czytaj! , Blogger