Irlandzkie tajemnice: "Dziewczyna na klifie" Lucinda Riley



Pamiętam długie jesienno-zimowe wieczory, podczas których niewieścia część mojej licznej rodziny zasiadała przy kuchennym stole. Wraz z nadejściem lata przenosiłyśmy się na drewnianą werandę. Ciszę uśpionej wioski przerywał koncert żab, a w rozgrzanym za dnia powietrzu unosił się zapach maciejki. To właśnie w takich momentach poznawałam świat - nie ten daleki, który na mnie czekał, ale ten bliski, który mnie otaczał. Lepiłam obraz z kawałków opowieści babci, łączyłam je przerywanymi pytaniami mamy, która lepiej kojarzyła fakty i pamiętała historie, zapomniane w zakurzonych wspomnieniach seniorki. Rodzinne losy moich sąsiadów, kłótnie, miłości, romanse, intrygi, małe szczęścia. Wzrastałam w przekonaniu, że życie nikogo nie oszczędza, ale potrafi również wynagrodzić za szczerość, lojalność, uczciwą pracę i uśmiech do bliskich. 

Gdy sięgałam po powieść Dziewczyna na klifie Lucindy Riley byłam pełna nadziei na prawdziwą literacką ucztę. Ośmielona słowami na okładce, które obiecały mi idealną mieszankę romansu i rodzinnej intrygi, nie wahałam się ani chwili.  Ponadto w głowie wciąż pobrzmiewał mi zachwyt innych nad poprzednią książką Riley - Dom orchidei. Cóż, oceniłabym to spotkanie jako lekki podwieczorek... 

Jestem niepoprawną romantyczką i lubię, gdy księżniczka spotyka swojego księcia. Jednak nawet najsłodsza bajka lepiej smakuje, gdy doda się do niej trochę pikanterii, a nawet goryczy. Niewiasta może być wytworna, z idealnym makijażem i nienaganną fryzurą. Jednak, gdy wiatr potarga jej włosy, make up się rozmaże, a sukienka pogniecie, to zamiast niezadowolonej miny księżniczki, oczekuję radości i szaleństwa. Niestety w powieści Riley spotkałam jedynie złączone dłonie, okrzyki wzywające najświętszych oraz mdłe postaci. Szkoda, wielka szkoda, bo zarys fabuły jest naprawdę interesujący, jednak potencjał przepadł w otchłani twórczej. 

Na kartach powieści autorka rozpisała losy dwóch irlandzkich rodzin, których drogi przecięły się prawie sto lat temu. Spoiwem łączącym oba rody są główne bohaterki, żyjące współcześnie. To Grania, załamana poronieniem rzeźbiarka, która porzuca swoje dotychczasowe życie w Nowym Jorku i wraca w rodzinne strony oraz Aurora, ośmioletnia dziewczynka. Przypadkowe spotkanie na klifie oraz samotność obu sprawia, że Grania i Aurora stają się sobie bardzo bliskie. Jednak nad zagubionymi bohaterkami ciąży rodzinna klątwa dwóch rodów. 

Po więcej odsyłam do lektury książki. Owszem, jestem zawiedziona, ale wynika to wyłącznie z pogłębiającej się świadomości moich potrzeb literackich. Razi mnie naiwność postaci, nieudana do końca stylizacja językowa, niewykorzystany potencjał miejsca akcji - przecież Irlandia to magiczne miejsce. Ja wprost przepadam za jej kolorytem i krajobrazem. Niestety Riley ograniczyła się jedynie do jednego klifu z widokiem na morze. Ponadto fabuła jest na wskroś przewidywalna. Nie uważam tego za ogromną wadę literatury - jedna z moich ulubionych pisarek, Cecelia Ahern pisze książki, które zazwyczaj kończą się happy endem. Jednak sam proces rozwinięcia jest tak ciekawy, że nie zauważa się banalnego finału. W Dziewczynie na klifie Riley żegna się z nami przeraźliwie długo. Zdecydowanie za długo.

Pierwsze spotkanie z twórczością Lucindy Riley utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie ma nieudanych spotkań z książką.Nawet zły wybór tekstu może nam coś uświadomić, np. że nie lubimy dzieci ubrane w stare dusze, wypowiadające słowa dorosłych, którzy są zbyt mdli, aby wyróżnić się na tle rzeczywistości.

Drogi Czytelniku, jeśli byłeś zachwycony powieściami Danielle Steel, oczekujesz lekkiego romansu, a może szukasz czytadełka na urlop to ta książka powinna spełnić Twoje wymagania. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zostawisz swój ślad. Każdy Twój komentarz sprawia mi ogromną przyjemność.

Copyright © 2016 Do utraty tchu - żyj uważniej , Blogger