Przeklęty czas. Recenzja filmu "Wiek Adaline"

Przeklęty czas. Recenzja filmu "Wiek Adaline"
(źródło)

Uwielbiam podróże. Wracam z takich eskapad pełna energii, z głową pełną pomysłów i apetytem na więcej. Jednak to nie jedyna korzyść z tego płynąca. Po powrocie do domu intensywniej odczuwam przynależność do moich czterech ścian. 

Ostatnie tygodnie były dla nas ekscytujące, ale tak zwyczajnie oboje potrzebowaliśmy ciszy, aby w pełni przygotować się na nadchodzący powrót do pracy. Postanowiliśmy, że zaszyjemy się w domowym zaciszu i obejrzymy jakiś film. Najczęściej toczymy godzinną batalię o wybór gatunku, ale tym razem byliśmy nadzwyczaj zgodni. I tak wieczór upłynął nam z Wiekiem Adaline

W drodze. Szklarska Poręba: Wodospad Szklarki i Złoty Widok

W drodze. Szklarska Poręba: Wodospad Szklarki i Złoty Widok

Karkonosze oczarowały nas w ubiegłym roku. Zachwyciły swoim łagodnym pasmem - zupełnie innym od tego, które oferowały nam Tatry, szumem potoków i ciekawymi szlakami. Sądziliśmy, że tygodniowy pobyt w Karpaczu zaspokoi nasz apetyt i w tym roku zasmakujemy Bieszczad. Jakże się myliliśmy! :D Gdy rozpoczęliśmy etap planowania, okazało się, że nasz wzrok wciąż podąża ubiegłorocznym śladem. Poddaliśmy się z rozkoszą i postanowiliśmy, że tym razem odwiedzimy Szklarską Porębę.

W drodze. WrocLove

W drodze. WrocLove


Wróciłam. W połowie, bo jak to zwykle ze mną bywa, z podróży wracam rozdarta. Jakaś część mnie wciąż kroczy po górskich szlakach, wspina się po skalnych zboczach, aby na szczycie chłonąć świat garściami. Ta druga jednak tęskni i gna do domu, aby wśród znajomych ścian rozkoszować się poranną kawą. Teraz trochę się gubię, kręcę się po obrażonych tygodniową rozłąką pokojach i sklejam siebie po kawałku. Z pomocą przychodzą mi setki zdjęć - wyrwanych chwil, zamkniętych w szklanym ekranie. Wpatruje się w nie i odtwarzam ten magiczny czas, którym chciałabym się z Wami podzielić. 

Jednak w mojej głowie panuje bałagan... Obrazy górskich krajobrazów przeplatają się z leśnymi ścieżkami, szumem potoków i kamiennymi uliczkami Wrocławia. Postaram się posprzątać ten rozgardiasz, uporządkować wspomnienia i opowiedzieć Wam, gdzie odnalazłam siebie sprzed roku. Ale pozwólcie, że zrobię to niespiesznie, rozkoszując się każdym dniem. Dziś opowiem Wam o mieście, które pokochałam od pierwszych chwil.

Irlandzkie tajemnice: "Dziewczyna na klifie" Lucinda Riley

Irlandzkie tajemnice: "Dziewczyna na klifie" Lucinda Riley


Pamiętam długie jesienno-zimowe wieczory, podczas których niewieścia część mojej licznej rodziny zasiadała przy kuchennym stole. Wraz z nadejściem lata przenosiłyśmy się na drewnianą werandę. Ciszę uśpionej wioski przerywał koncert żab, a w rozgrzanym za dnia powietrzu unosił się zapach maciejki. To właśnie w takich momentach poznawałam świat - nie ten daleki, który na mnie czekał, ale ten bliski, który mnie otaczał. Lepiłam obraz z kawałków opowieści babci, łączyłam je przerywanymi pytaniami mamy, która lepiej kojarzyła fakty i pamiętała historie, zapomniane w zakurzonych wspomnieniach seniorki. Rodzinne losy moich sąsiadów, kłótnie, miłości, romanse, intrygi, małe szczęścia. Wzrastałam w przekonaniu, że życie nikogo nie oszczędza, ale potrafi również wynagrodzić za szczerość, lojalność, uczciwą pracę i uśmiech do bliskich. 

Gdy sięgałam po powieść Dziewczyna na klifie Lucindy Riley byłam pełna nadziei na prawdziwą literacką ucztę. Ośmielona słowami na okładce, które obiecały mi idealną mieszankę romansu i rodzinnej intrygi, nie wahałam się ani chwili.  Ponadto w głowie wciąż pobrzmiewał mi zachwyt innych nad poprzednią książką Riley - Dom orchidei. Cóż, oceniłabym to spotkanie jako lekki podwieczorek... 

Jestem niepoprawną romantyczką i lubię, gdy księżniczka spotyka swojego księcia. Jednak nawet najsłodsza bajka lepiej smakuje, gdy doda się do niej trochę pikanterii, a nawet goryczy. Niewiasta może być wytworna, z idealnym makijażem i nienaganną fryzurą. Jednak, gdy wiatr potarga jej włosy, make up się rozmaże, a sukienka pogniecie, to zamiast niezadowolonej miny księżniczki, oczekuję radości i szaleństwa. Niestety w powieści Riley spotkałam jedynie złączone dłonie, okrzyki wzywające najświętszych oraz mdłe postaci. Szkoda, wielka szkoda, bo zarys fabuły jest naprawdę interesujący, jednak potencjał przepadł w otchłani twórczej. 

Na kartach powieści autorka rozpisała losy dwóch irlandzkich rodzin, których drogi przecięły się prawie sto lat temu. Spoiwem łączącym oba rody są główne bohaterki, żyjące współcześnie. To Grania, załamana poronieniem rzeźbiarka, która porzuca swoje dotychczasowe życie w Nowym Jorku i wraca w rodzinne strony oraz Aurora, ośmioletnia dziewczynka. Przypadkowe spotkanie na klifie oraz samotność obu sprawia, że Grania i Aurora stają się sobie bardzo bliskie. Jednak nad zagubionymi bohaterkami ciąży rodzinna klątwa dwóch rodów. 

Po więcej odsyłam do lektury książki. Owszem, jestem zawiedziona, ale wynika to wyłącznie z pogłębiającej się świadomości moich potrzeb literackich. Razi mnie naiwność postaci, nieudana do końca stylizacja językowa, niewykorzystany potencjał miejsca akcji - przecież Irlandia to magiczne miejsce. Ja wprost przepadam za jej kolorytem i krajobrazem. Niestety Riley ograniczyła się jedynie do jednego klifu z widokiem na morze. Ponadto fabuła jest na wskroś przewidywalna. Nie uważam tego za ogromną wadę literatury - jedna z moich ulubionych pisarek, Cecelia Ahern pisze książki, które zazwyczaj kończą się happy endem. Jednak sam proces rozwinięcia jest tak ciekawy, że nie zauważa się banalnego finału. W Dziewczynie na klifie Riley żegna się z nami przeraźliwie długo. Zdecydowanie za długo.

Pierwsze spotkanie z twórczością Lucindy Riley utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie ma nieudanych spotkań z książką.Nawet zły wybór tekstu może nam coś uświadomić, np. że nie lubimy dzieci ubrane w stare dusze, wypowiadające słowa dorosłych, którzy są zbyt mdli, aby wyróżnić się na tle rzeczywistości.

Drogi Czytelniku, jeśli byłeś zachwycony powieściami Danielle Steel, oczekujesz lekkiego romansu, a może szukasz czytadełka na urlop to ta książka powinna spełnić Twoje wymagania. 




Urlop idealny, czyli mój sposób na tanie i udane podróżowanie

Urlop idealny, czyli mój sposób na tanie i udane podróżowanie


Uwielbiam podróżować. I niekoniecznie mam na myśli dalekie, egzotyczne wakacje, bo takie jeszcze gdzieś na mnie czekają. Jednak uważam, że nawet wycieczka do oddalonego kilka kilometrów miejsca może być naprawdę emocjonująca. Co więcej jestem głęboko przekonana, że odkrycie każdego nieznanego nam terytorium może okazać się naszą podróżą życia. Wszystko zależy od nastawienia, chęci i pragnienia poznawania nowego. 

Nie będę przesadzać i przekonywać Was, że jestem odważną podróżniczką, gotową na największe szaleństwa. Nic podobnego! Jednak od kilka lat odkrywam w sobie pasję do zwiedzania i staram się ją pielęgnować. Przez ten czas wypracowałam pewien sposób na tanie i udane podróżowanie - dziś chciałabym Wam o nim opowiedzieć. 

A wracając do szaleństwa i odwagi to gorąco polecam Wam blog Na nowej drodze życia Asi i Adama (blog/ Facebook). Jest to młode małżeństwo, które na początku września wyruszyło w autostopową podróż przez świat! Odwiedzili już takie miejsca, jak Litwę, Estonię, Rosję, Kazachstan, Chiny, Tybet, Filipiny, Wietnam, Kambodżę, Tajlandię, Laos, Birmę, a to wszystko z wyciągniętym w górę kciukiem! Ciężko to ogarnąć, dlatego po prostu musicie to zobaczyć. Ja śledzę ich podróż i kibicuję im z całego serca. Asię znam osobiście - razem studiowałyśmy przez 5 lat, a nawet mieszkałyśmy pod jednym dachem, więc wiem, że jest osobą pełną pasji, radości, z ogromną wiarą w ludzi. 

A teraz moje małe podróże. :) Tak się jakoś złożyło, że od kilku lat nasz wyjazdowy urlop przypada w maju. Dlaczego wyjazdowy? Otóż jest to dłuższy czas wolny od pracy, kiedy możemy gdzieś się wybrać. W wakacje prowadzę zajęcia dla dzieci, więc zazwyczaj pozwalam sobie na tydzień urlopu i wtedy wyruszamy najczęściej na kilka dni nad morze. Jednak to właśnie maj jest miesiącem, który spędzamy w podróży. Jak planujemy nasze wakacje? Postaram się przedstawić to w kilku krótkich punktach poniżej. 

Zapraszam! 

Wiosenny niezbędnik kosmetyczny

Wiosenny niezbędnik kosmetyczny


Jak większość kobiet uwielbiam się stroić, upiększać i mazać wszelkimi cudami, które mają mi zapewnić zdrowy i młody wygląd. Każda większa gala odnotowana na portalach plotkarskich to dla mnie nie lada gratka - zasiadam z kawą w ręku i przeglądam relacje z wypiekami na twarzy. Podobnie jest z kosmetykami - wyjście do drogerii i przebieranie, wybieranie i szukanie "idealnego" kosmetyku dla mnie od razu poprawia mi humor. Jednak jak ze wszystkim należy znać umiar, dlatego jestem zwolenniczką naturalnego wyglądu - zarówno w ubiorze, jak i makijażu. 

Wybierając kosmetyki, kieruję się minimalizmem i kupuję jedynie to, co niezbędne. Natura przyszła mi z pomocą, bo przez lata mogłam cieszyć się nieproblematyczną cerą. Jednak im jestem starsza, tym więcej czasu muszę poświęcać na pielęgnację skóry. Teraz, po zimie moja cera pozbawiona jest blasku, borykam się z rozszerzonymi porami i przebarwieniami. Niestety domowe maseczki i peelingi nie są wystarczające i w najbliższym czasie będę musiała odwiedzić salon kosmetyczny. Jednak na co dzień mam kilka sprawdzonych kosmetyków, które pozwalają mi zatuszować to, co sprawia mi kłopot. Dziś opowiem Wam o moich ostatnich odkryciach, które zawsze mam przy sobie.


Maybelline Dream Matte Mouse
20 Cameo


Ten podkład kusił mnie od dłuższego czasu, jednak w okresie jesienno-zimowym wierna byłam podkładowi Revlon ColorStay. Gdy zrobiło się nieco cieplej, a ja zauważyłam, że moja cera jest zwyczajnie przemęczona po zimie, postanowiłam wypróbować coś lżejszego. Rossmannowska wyprzedaż skłoniła mnie do kupna tej pianki. Stosuję ją od około tygodnia, więc ciężko określić jego wydajność. Dziś mogę bez wątpienia stwierdzić, iż jest to lekki podkład, idealny właśnie na okres wiosenno-letni. Jak wcześniej wspomniałam, jego konsystencja przypomina piankę, jednak naprawdę wystarczy odrobina, aby pokryć nim twarz. Pozostawia matowe wykończenie, ale nie przeceniałabym jego umiejętności kryjących. Dla osób, które mają niewiele do zakrycia będzie w sam raz, pozostałe zaś muszą wyposażyć się w dobry korektor. 




Jestem zdecydowana wykorzystać go do końca, ale zastanawiam się nad powrotem do kremu BB, który był dla mnie idealny na letnie dni. 

Cena: ponad 40 zł (ja kupiłam w cencie promocyjnej i zapłaciłam ponad 20 zł).


Korektor Revlon ColorStay
02 light


Od dłuższego czasu poszukuję idealnego korektora. Używałam już L'Oreal True Match, który był przyzwoity, ale czegoś mi w nim brakowało. Sięgnęłam również po te z niższej półki, np. Lovely Magic Pen oraz Miss Sporty Liquid Concealer i również pudło. Teraz zdecydowałam się na Revlon ColorStay, sugerując się dobrym kryciem podkładu. Jestem skłonna stwierdzić, że jest to jak na razie najlepszy korektor, jaki stosowałam.





Ma dobre krycie, dzięki gąbeczce dobrze się go rozprowadza (choć ja i tak wklepuję korektor opuszkami palców lub pędzelkiem) i jest wydajny. Jedyny minus, jaki zauważyłam to cena, jednak mi udało się go kupić w promocji -49%.

Cena: około 50 zł.


Pomadka Wibo Eliksir
07


Po tacie w spadku dostałam pełne usta, ale nie przepadam za ich malowaniem. Najczęściej stosuję masło nawilżające do ust, które zawsze trzymam gdzieś w zasięgi ręki. Jednak ten delikatny różowy kolor z Wibo jest po prostu cudowny - nadaje świeżości, subtelnie podkreśla usta, a co najważniejsze pomadka ma właściwości nawilżające. Kolejnym plusem jest niska cena, która niestety nie idzie w parze z trwałością (chyba że to ja ją zjadam :P).

Cena: około 9 zł.



-------------  ------  ♥ ------  -------------

To właśnie ta trójca ostatnio dominuje w moim codziennym makijażu. I choć mam pewne wątpliwości, co do pianki Maybelline, to z dwóch pozostałych zaprezentowanych kosmetyków jestem zadowolona. Ponadto ich małe gabaryty pozwalają mi je bez problemu spakować do torebki i zawsze mieć pod ręką, gdy będę miała potrzebę poprawienia czegoś w ciągu dnia. 


A Wy bez czego nie wyobrażacie sobie codziennego makijażu? 
Ściskam, 
Ola :)

Zniewoleni: "Czarne skrzydła" Sue Monk Kidd i "Cztery sekundy do stracenia" K. A. Tucker

Zniewoleni: "Czarne skrzydła" Sue Monk Kidd i "Cztery sekundy do stracenia" K. A. Tucker


Czuję się onieśmielona, trochę zawstydzona jej obecnością. A przecież nie powinnam. Każdego dnia żyłam z pełnym przekonaniem o jej istnieniu, jednak świadomość ta nie wystarczyła, abym ją widziała. To wciąż mój problem: patrzę - a nie widzę, słucham - a nie słyszę. Żyłam w zawieszeniu, obojętna, roszczeniowo przyjmując to, co mi dane. A nie warto. Czasami lepiej się zatrzymać, rozejrzeć, odrzucić butną naturę i docenić - docenić wolność.

No właśnie, zastanawialiście się czasami nad nią? Szczerze, mi to nie przyszło do głowy. Przyjmowałam ją jak coś oczywistego. Przecież żyję jak chcę, nikt mnie nie ogranicza, sama podpisuję się pod dokonanymi wyborami. Jednak czy to jedyne, co wolność ma mi do zaoferowania? Czy to nie ona daje mi możliwość wyboru? Czy to nie dzięki niej wybieram tę drogę, a nie inną? Czy to nie ona pozwala mi wsiąść w pociąg i ruszyć w nieznane? Pozwolę sobie pójść dalej - czy dzięki temu, że jestem wolna czytam to, na co mam ochotę? Tak! Właśnie tak! Po raz kolejny ignorancja uderza mnie ze zdwojoną siłą. I trochę mi wstyd - wstyd za to, że wstydzę się być wdzięczna za wolność.

Emil Cioran, rumuński filozof, nihilista i eseista, napisał, że "wolność to prawo do różnicy". Każdy z nas pragnie czuć się wyjątkowy, inny niż wszyscy, nie ginąć w tłumie. Mamy prawo do wolności przekonań i myśli. Jednak nie możemy zapomnieć, że prawo wyboru potrafi być zgubne. Czasami nieświadomie zakładamy sobie pętlę zniewolenia.
Copyright © 2016 Do utraty tchu. Uważniej , Blogger