Muffiny z czekoladą


Odkąd przekroczyłam ten magiczny próg dorosłości i rozpoczęłam pracę, każdy wolny dzień jest ulotny, a czasem wręcz nieuchwytny. Zaczęłam mocować się z sobą, zamykając sześć dni w tych 24 godzinach, wyszarpanych, wywalczonych w całym tygodniu. Jednak taka walka była z góry przegrana. Odpuściłam. Zaczęłam cenić ten wyrwany czas. Delektuję się nim niczym najlepszą kawą, mrużę oczy i odwracam twarz ku słońcu. Czasem łapię wiatr, który niesie mnie przez kolejne dni. 

A gdy mijający tydzień ciąży mi, przygniata i odbiera siłę, wtedy jest tylko jeden sposób. Jaki? Och, to proste! Wrzucam go do miski, posypuję dwiema szklankami mąki, dodaję 1 łyżkę proszku do pieczenia i szczyptę sody oczyszczonej. Osładzam sobie to wszystko 1/2 szklanki cukru, a dla równowagi dodaję maleńką łyżeczkę soli. Mieszam. 

Czasami zdarza się, że jakaś złośliwa myśl chwyta się mojej głowy i nie chce odejść. Wtedy strzepuję ją delikatnie do drugiej miski, zalewam szklanką mleka, przygniatam połową szklanki oleju i dorzucam dwa jajka, a ubijaczką pozbywam się jej jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 

Wolna od zmartwień, odrzucam głowę do tyłu, przywołuję uśmiech i łączę moje dwie magiczne mikstury. Gotową masę przelewam do foremek i pieczę przez około 30 minut w temperaturze 180 st. C.


A potem... A potem zasiadam przy drewnianym stole z filiżanką parującej kawy w jednej dłoni i ze słodko-gorzką muffinką w drugiej. Zatapiam się w chwili i cieszę, że jestem tu i teraz.



Słodkiej, wolnej niedzieli!
Ola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zostawisz swój ślad. Każdy Twój komentarz sprawia mi ogromną przyjemność.

Copyright © 2016 Do utraty tchu - żyj, kochaj, czytaj! , Blogger