Spring

Spring

Rozglądam się, uporczywie jej szukając. Przecież tu była. Widziałam. Dodawała mi sił, zaczęłam pokonywać kilometry z uśmiechem na ustach. Codziennie wstawałam lekka, z poczuciem, że jeszcze wszystko może się zdarzyć... Przetarłam zakurzone szyby, budząc je z zimowego otępienia. Nic. Chyba się obraziła. 

No dobrze, staram się dalej. Sieję rzeżuszkę, wstawiam świeże kwiaty do wazonu, a w akcie desperacji wyruszam na pocztę wysłać kartki wielkanocne. I jak mi się odpłaca? Bezczelnie sypie mi śniegiem w twarz, rozwiewa świeżo przyciętą na święta grzywkę, a zimnymi kroplami deszczu zmywa mi cień nadziei z twarzy. Brodząc w kałużach, wyjmuję zziębnięte dłonie z kieszeni i rwę ze złością gałązki wierzbowych bazi. Może da się jeszcze przebłagać. 








Dziś nie pozostaje mi nic innego, jak zaszyć się pod kocem, z książką i kubkiem ciepłego kakao.



Do następnego!
Ola

DIY: wierzbowy wianek

DIY: wierzbowy wianek

Gdzieś w codzienności, wśród zaplątanych myśli i usilnym wyglądaniu wiosny, nie zauważyłam nadchodzących świąt. Z pomocą przyszły mi moje maluchy, które domagały się rozmów o Wielkanocy. Ten nowo odkryty fakt okazał się dość bolesny, bo zamiast kolejnego obejrzanego odcinka ulubionego serialu, musiałam szorować okna. Następnie okazało się, że darmo szukać u nas znaków "nowego", bo ani baranka, ani bazi... Wtedy przypomniało mi się moje grudniowe marzenie o stroiku, który miałam powiesić na drzwiach, a zadowoliłam się gotową ozdobą z Pepco. I tak postanowiłam uwić wierzbowy wianek.


Materiały:

wierzbowe gałązki (Po pierwsze: kocham moja przydomową wierzbę! Po drugie: wybierałam gałązki, które nie były zbyt wysuszone, aby można było łatwo uformować z nich wianek.);



dratwa (zakupiłam w Biedronce, akurat znajdziecie ją w najnowszej ofercie);



biała farba (wykorzystałam resztę farby Beckers, która została z malowania mebli, ale można również zostawić naturalny kolor);

tasiemka (na kokardę);



ozdoby (według gustu - wybrałam sztuczne kwiaty, bo mam cichą nadzieję, że wianek posłuży mi dłużej).



No to zaczynamy! Gałązki zwijamy w i łączymy dratwą..



...malujemy...


...ozdabiamy...


voilà! 



Spokojnego weekendu!
Ola


Powroty: L. Scottoline "Nie odchodź"

Powroty: L. Scottoline "Nie odchodź"

Co jest gorsze: to, co widzisz, czy czego nie widzisz?

Lisa Scottoline, Nie odchodź


Czego się boisz? Bo boisz się, prawda? Każdy z nas przed czymś ucieka. Co odbiera Ci dech w piersi, kiedy zastygasz w bezruchu, a myśli ulatują, zostawiając pustkę? Podobno, aby pokonać lęk należy stawić mu czoła. Ale jak walczyć ze śmiercią? Jak pokonać ostateczność, która skazuje Cię na samotność? No właśnie, jak?

Nie zastanawiaj się, zapewne los zdecyduje za Ciebie. Mike, bohater powieści Nie odchodź Lisy Scottoline, również nie miał wyboru. Śmierć ogarnęła go nagle, zatoczyła krąg, powoli odbierając mu tych, których kochał i na których polegał. Wydawałoby się, że jako lekarz, odbywający służbę w Afganistanie, jest odporny na ból. Jednak zła nie da się oswoić, nie można się na nie godzić i przyjmować z pokorą. 

Tuż przed zakończeniem służby, Mike otrzymuje wiadomość o nagłej śmierci ukochanej żony. I choć rozpacz odbiera mu siły, to wie, że w Ameryce czeka na niego malutka córeczka. Niestety jego droga do domu okazuje się długa, kręta i wyboista. Dla małej Emily staje się obcym człowiekiem, a wspomnienia wojenne każdego dnia odsuwają go od bliskich. Mike musi stoczyć kolejną bitwę - z własnym strachem, bólem, bezsilnością i twardą rzeczywistością. Wróg czuwa - skrywane tajemnice otaczają mężczyznę, niczym cienie wypełniają na nowo oswajaną przestrzeń.



Scottoline ponownie sięga po trudne tematy. I nie chodzi tylko o problem samotnego ojca, który trochę niezdarnie, po męsku próbuje posklejać swoje życie. Uderzająca jest bezsilność i ogromny ciężar powrotu weteranów wojennych do normalności. Niechęć otoczenia do niesienia pomocy w codzienności (na przykład w znalezieniu ponownego zatrudnienia), często przykryta jest warstwą powierzchownej wdzięczności do poświęcenia się ojczyźnie.

Jest coś jeszcze: słuchamy, a nie słyszymy. Spychamy na margines to, co niewygodne. Nie słyszymy własnego wołania, głosu bliskich. Błądzimy jak dzieci we mgle, czasami budzimy się zbyt późno...

Miejski ogród

Miejski ogród

Zawsze, niezmiennie i bezdyskusyjnie ogromną zaletą wychowania na wsi były dla mnie letnie poranki. Uwielbiałam codziennie piżamowy obchód domu, bieganie boso po trawie i wylegiwanie się na werandzie. I choć trochę lat minęło, zdążyłam po drodze nabyć męża i się wyprowadzić do miasta, to zwyczaj ten praktykuję do dziś i za każdym razem, gdy jestem na wsi powtarzam mój dziecięcy rytuał. 

Szukając idealnego M, priorytetem było dla mnie światło i balkon. Musiał być duży i od strony południowej... I rzeczywiście udało nam się znaleźć takie mieszkanie. Co więcej, uważam, że trafiliśmy nawet lepiej. Faktycznie balkon znajduje się od południa, ale przed blokiem mamy ogromną wierzbę, która załamuje delikatnie promienie słoneczne. I wbrew pozorom nie jest to wadą, a ogromną zaletą - moim małym fetyszem jest przesiadywanie na balkonie. :D Nie wyobrażam sobie popijać kawkę, czytać książkę z udarem słonecznym... 

Wracając do tematu, nadchodząca wiosna będzie debiutem naszego miejskiego ogrodu. Coraz cieplejsze dni, skłoniły nas do tego, aby rozpocząć już przygotowania. Postanowiliśmy odmalować metalową barierkę, która (niestety) na każdym balkonie w naszym bloku jest zielona. Ponadto planujemy zamontować bambusową osłonę, wystawić nasz drewniany stolik z krzesełkami i zasadzić mnóstwo roślin w kolorowych doniczkach. A potem... A potem będziemy cieszyć się naszym małym rajem.



Gdy tylko uda nam się uporać z pracami porządkowymi i nasz miejski ogródek będzie gotowy, to z pewnością podzielę się z Wami efektami. Dziś zaś zostawiam Was z pięknymi inspiracjami, wyszperanymi w sieci. 

źródło
źródło
źródło
źródło
źródło
źródło
źródło
Słonecznego tygodnia!
Ola 

Muffiny z czekoladą

Muffiny z czekoladą

Odkąd przekroczyłam ten magiczny próg dorosłości i rozpoczęłam pracę, każdy wolny dzień jest ulotny, a czasem wręcz nieuchwytny. Zaczęłam mocować się z sobą, zamykając sześć dni w tych 24 godzinach, wyszarpanych, wywalczonych w całym tygodniu. Jednak taka walka była z góry przegrana. Odpuściłam. Zaczęłam cenić ten wyrwany czas. Delektuję się nim niczym najlepszą kawą, mrużę oczy i odwracam twarz ku słońcu. Czasem łapię wiatr, który niesie mnie przez kolejne dni. 

A gdy mijający tydzień ciąży mi, przygniata i odbiera siłę, wtedy jest tylko jeden sposób. Jaki? Och, to proste! Wrzucam go do miski, posypuję dwiema szklankami mąki, dodaję 1 łyżkę proszku do pieczenia i szczyptę sody oczyszczonej. Osładzam sobie to wszystko 1/2 szklanki cukru, a dla równowagi dodaję maleńką łyżeczkę soli. Mieszam. 

Czasami zdarza się, że jakaś złośliwa myśl chwyta się mojej głowy i nie chce odejść. Wtedy strzepuję ją delikatnie do drugiej miski, zalewam szklanką mleka, przygniatam połową szklanki oleju i dorzucam dwa jajka, a ubijaczką pozbywam się jej jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 

Wolna od zmartwień, odrzucam głowę do tyłu, przywołuję uśmiech i łączę moje dwie magiczne mikstury. Gotową masę przelewam do foremek i pieczę przez około 30 minut w temperaturze 180 st. C.


A potem... A potem zasiadam przy drewnianym stole z filiżanką parującej kawy w jednej dłoni i ze słodko-gorzką muffinką w drugiej. Zatapiam się w chwili i cieszę, że jestem tu i teraz.



Słodkiej, wolnej niedzieli!
Ola

Niedomknięte: H. Coben "Tęsknię za Tobą"

Niedomknięte: H. Coben "Tęsknię za Tobą"

Uważaj na ludzi, których miejsce jest w przeszłości. 
Nie wpuszczaj ich z powrotem do swojego życia.

Harlan Coben, Tęsknię za Tobą

Z każdym kolejnym dniem zamykasz przeszłość jak wypchaną walizkę. I tak dzień za dniem upychasz, ugniatasz, ale jakiś niesforny fragment dumnie wygląda poza wyznaczone granice. Zaczynasz od początku. Układasz, wygładzasz, zamykasz. Zamek nawet nie drgnie, a Ty czujesz coraz większą frustrację. Wiesz, że to na nic. Zawsze będzie jakaś wypukłość, nigdy nie będzie idealnie. A jeśli nawet uda Ci się domknąć ten diabelski wynalazek, okaże się za ciężki. Nie udźwigniesz. Usiądź, przemyśl i wyrzuć to, co jest niepotrzebne. Zostaw tylko to, co niezbędne.

Proste? Tylko pozornie. Bo jak uporać się z demonami, które towarzyszą nam w każdej godzinie, minucie, sekundzie? Opróżnić jak przeładowaną walizkę? Tak, to dobry pomysł, ale wymaga więcej czasu, cierpienia, niepewności. 

Każdy z nas ma jakieś cienie przeszłości, które zawsze są tuż obok. Wydaje Ci się, że je zgubiłaś/eś, ale dobrze wiesz, że dopadną Cię tuż za rogiem. Możesz uciekać, ile sił w nogach, ale nie uwolnisz się od nich dopóty, dopóki nie stawisz im czoła. Czasami przypadek decyduje za nas, że ten dzień właśnie nadszedł. 



Tak właśnie los zadrwił z Kat Donovan, bohaterki powieści Tęsknię za Tobą Harlana Cobena. Nie chciała tego. Spychała złe wspomnienia na margines, jednak podświadomie wciąż wracała do nich. Przyciągała myślami i zranionymi uczuciami. I choć z całych sił starała się żyć teraźniejszością, to każdego dnia słyszała szepty przeszłości. 

Kat, detektyw nowojorskiej policji, od prawie dwudziestu lat stara się zapomnieć o tragicznej śmierci ukochanego ojca i nagłym odejściem narzeczonego. I gdy wydaje się jej, że właśnie może pozbyć się zakurzonego bagażu przeszłości i lekkim krokiem ruszyć na przeciw przyszłości, okazuje się, że właśnie nadszedł czas rozliczeń. Pozornie niezwiązane elementy zaczynają układać się w przerażającą całość.

Działanie przestępczych grup zorganizowanych, porwania, wymuszenia, oszustwa finansowe, okrutne morderstwa, homoseksualizm i nietolerancja na tle trudnej, ale pięknej miłości. To wszystko zgrabnie, z wdziękiem, lekkim piórem opisał Coben w swojej najnowszej powieści.

Z ogromną przyjemnością czytałam, układałam, przeżywałam i mierzyłam się z marami przeszłości. 


Od kuchni

Od kuchni

Pojedyncze, początkowo nieśmiałe szepty powoli budzą mnie ze snu. Nie otwieram oczu, odpycham je, jednocześnie zaklinając odchodzącą noc. Jednak nieśmiały szept przechodzi w nerwowy chichot, coraz głośniejsze dialogi, stukot obijających się kubków, napełnionych poranną kawą. Dom zaczął nowy dzień. Zwlekam się z łóżka i kieruję do centrum dowodzenia - kuchni. 

I tak dzień za dniem zaczynałam każdy poranek w moim domu rodzinnym. To właśnie kuchnia stanowiła miejsce codziennych obrad, mój mały plac zabaw, pijalnię kawy i jadalnię w jednym. To magiczne miejsce, które tkwi głęboko zakorzenione w mojej świadomości jako serce domu. 

Po zakupie własnego M, w głowie miałam konkretny projekt kuchni - miała być biała, z drewnianym blatem. Ale to nie wszystko. Plan był taki, aby była ciepła, jasna, przytulna... No właśnie, a okazało się, że nasze nowe/stare meble (mieszkanie nabyliśmy z rynku wtórnego) są brązowe, a ściany zdobiły zielone płytki. Jednak zarówno meble, jak i kafle były w dość dobrym stanie i głupotą było się ich pozbyć. Dlatego, tak jak już wcześniej pisałam, w ruch poszła biała farba. Przy pomocy Beckers Designer Universal (kolor white) podarowaliśmy drugie życie naszej kuchni. Mdłości na widok zielonych, marmurkowych płytek powstrzymaliśmy farbą Dekoral Emakol Strong (kolor oczywiście biały). Po prawie pół roku mieszkania, użytkowania, szorowania mogę śmiało stwierdzić, że było warto. 

Kilka kurzołapek, nowa lampa, stolnica z Ikei (przysłaniająca zniszczony blat), nowe uchwyty i voila! Kuchnia to zdecydowanie jedno z moich ulubionych miejsc -  do gotowania, codziennych rozmów, pisania nowych postów, oglądania Seksu w wielkim mieście, czytania książek... 











I jeszcze kilka inspiracji wyszperanych w sieci. 

źródło
źródło
źródło
źródło
źródło
źródło
źródło
źródło
Do następnego!
O.
Copyright © 2016 Do utraty tchu. Uważniej , Blogger