Nie igraj z ogniem

Nie igraj z ogniem

Chciałabym napisać, że moja miłość do teatru zaczęła się w dzieciństwie... Ale to nieprawda. Zarówno ja, jak i A. zostaliśmy wychowani na bajkach Disney'a i zostało nam tak do dziś - uwielbiamy wieczory z dobrą animacją (ja płaczę, A. się ze mnie śmieje). Wracając do teatru, nasza znajomość, bo przyjaźń to spore nadużycie, zaczęła się dość niedawno. I tak z jednego spektaklu na drugi, zaczęliśmy doceniać scenariusz, grę aktorską, bezpośredni kontakt i przeświadczenie, że to wszystko dzieje się tu i teraz specjalnie dla nas, widzów. 


Ostatnio wybraliśmy się do olsztyńskiego teatru na spektakl Zabawy z ogniem według Augusta Strindberga z udziałem studentów IV roku Studium Aktorskiego im. Aleksandra Serwuka w reżyserii Andrzeja Majczaka. Na sztukę szwedzkiego dramaturga składają się dwie jednoaktówki, które tylko pozornie opowiadają zupełnie różne historie. Spoiwem łączącym te dwie opowieści jest rozpad więzi rodzinnych oraz wciąż powtarzający się motyw igrania z ludzkimi uczuciami.


Nosiłam się z zamiarem napisania recenzji, ale przyznam się, że wciąż nie mogę ochłonąć po tym spektaklu. A to dlaczego? Czasami nie tylko kontakt ze sztuką ma na nas oczyszczający wpływ. Czasami to otaczający nas ludzie skłaniają do refleksji.

Podczas spektaklu towarzyszyła nam spora grupa starszych osób - przypuszczam, że był to "wypad" Uniwersytety Trzeciego Wieku lub jakiegoś ośrodka, nieistotne. I nie chodzi o to, że czuliśmy się z tego powodu niekomfortowo. Nic podobnego! Jednak, gdy przez dwie i pół godziny słucha się głośnego ziewania, znudzonych westchnień zwieńczonych narzekającym "o matko...", a na koniec rozlega się dźwięk dzwoniącego telefonu, który zostaje odebrany - nie wyłączony! - odebrany (nie)szeptem "jestem w teatrze", to nasza cierpliwość się kończy.

Jestem w stanie zrozumieć, że sztuka może się komuś nie podobać. W porządku, każdy ma prawo do własnej opinii. Ale czy okazywanie własnego niezadowolenia, zwracając uwagę wszystkich wokół jest na miejscu? Czy nie prościej jest wstać i wyjść? Oszczędź sobie nerwów, innym nie przeszkadzaj, a co najważniejsze - uszanuj czyjąś pracę! Ci młodzi ludzie poświęcili wiele godzin na przygotowanie się do tego spektaklu i naprawdę jestem pełna podziwu dla ich cierpliwości.

Nie uważam ostatniej wizyty w Teatrze im. Stefana Jaracza za nieudaną. Co więcej, świetnie spędziłam tam czas. Z rozbawieniem patrzyłam na widzów, którzy podczas momentów fizycznego kontaktu aktorów, nagle z nadzwyczajnym zainteresowaniem oglądali sufit olsztyńskiego teatru, czarne ściany lub własne brokatowe kozaczki. Tak, kozaczki... Nie nadążam za teatralnym outfitem - od kiedy w modzie jest dresowe odzienie? 

Jutro dla równowagi wybierzemy się do kina, a do teatru zapewne wrócimy w marcu.


Ciasteczka owsiane

Ciasteczka owsiane

Kiedyś bardzo nie lubiłam samotności. Wychowana w dużej rodzinie - w domu, w którym zawsze ktoś był przy boku, nie znałam tego uczucia. Jednak czasami codzienność zmusza nas do przezwyciężania lęków. Gdy A. rozpoczął swoją pracę, niestety włączając w to również noce, musiałam nauczyć się ciszy. I tak długie, samotne wieczory wypełnił zapach cynamonu, oprószone mąką, przykryte ściereczką, czekały na nadejście nowego dnia. 

To właśnie wtedy odkryłam moją miłość do ciasta drożdżowego i wszystkich, przesłodkich wypieków. I tak ugniatałam, ulepszałam, dopieszczałam, aby o poranku na A. czekało coś smacznego. :)

Jednym z naszych ulubionych przysmaków są ciasteczka owsiane. Próbowaliśmy różnych wariantów, ale te, które dziś upiekłam najczęściej pojawiają się w naszym domu. Przyrządzam je intuicyjnie, bez miarek i określonego przepisu. Jedyną przyprawą, której nadużywam jest miłość, zarówno do męża, jak i jedzenia. :D


Lista zakupów:

około 1 szklanki płatków owsianych (preferuję płatki górskie, nie - błyskawiczne);
2 jajka;
dwie łyżki miodu (możecie zastąpić brązowym cukrem);
garść łuskanego słonecznika;
pestki dyni;
rodzynki;
szczypta cynamonu i imbiru;
troszeczkę mąki pszennej pełnoziarnistej (około 0,5 szklanki)
szczypta proszku do pieczenia (opcjonalnie, ja czasami z niego rezygnuję).

No to zaczynamy. Oddzielamy białka od żółtek. Białka ubijamy na sztywną pianę, dodajemy cukier, a na koniec żółtka. Do tak przygotowanej masy dodajemy płatki, miód, bakalie, wszystko posypujemy cynamonem, imbirem, mąką i szczyptą proszku do pieczenia - mieszamy. Gotowe ciasto wykładamy na wcześniej przygotowaną blachę, dzieląc na małe porcje - ciasteczka. Pieczemy około 15 minut w temp. 180 st. C.

Gdy będą wystarczająco zarumienione, parujące (uwaga, żeby się nie poparzyć!), pałaszujemy ze szklanką mleka, ewentualnie gorącego kakao. :)


Smacznego!

Oddychaj: S. Jio "Jeżynowa zima"

Oddychaj: S. Jio "Jeżynowa zima"


Na początku szłam. Krok za krokiem. Moje niegdyś mocne nogi sprawiły teraz wrażenie wątłych patyczków. Pokręciłam głową. Nie, nie dam rady. [...] Noga za nogą. Ostrożnie przyspieszyłam. Oddychaj. Ciepłe, życzliwe promienie słońca ogrzewały mi policzki. Kobieta siedząca w pobliżu kawiarni podniosła głowę i uśmiechnęła się do mnie. Oddychaj. Ptaki siedzące na linii elektrycznej ćwierkały wesoło. Nawet się nie zorientowałam, kiedy znów zaczęłam biec, naprawdę biec.

Sarah Jio, Jeżynowa zima


Otwierasz oczy. Twoją twarz owiewa chłodne powietrze. Ostatkiem sił łapiesz oddech, ale za każdym razem czujesz przeszywający ból, ból rozdzierający Twoją pierś. Nagle wszystko znika. Zostaje pustka. Ogromna otchłań, którą codziennie próbujesz zapełnić szarą rzeczywistością, ale ona tam jest. Czai się z każdym wschodem słońca. I tak z każdym dniem uczysz się żyć od początku.

Nie ma znaczenia, czy dzieje się to tu i teraz, czy zdarzyło się to osiemdziesiąt lat temu. Strata jest ta sama. Cierpienie nie do opisania, które będzie Ci towarzyszyć z każdym biciem serca. To od Ciebie zależy, czy pogrążysz się w niebycie, czy wstaniesz i zaczniesz żyć. Nie, nie dla świata, nie dla bliskich. Przede wszystkim dla siebie i tego maleństwa, które powinno budzić Cię uśmiechem o poranku, a któremu nie było dane zobaczyć tęczy.

Czasami masz wrażenie, że czas się zatrzymał, życie obróciło się o 360 stopni i wróciło do tego samego miejsca? Nie, po prostu niektóre rzeczy przytrafiały się kiedyś i teraz. Zarówno dobro, jak i zło może się odrodzić. I nie jest ważne, że ludzi dzieli osiemdziesiąt lat, bo łączyć ich może więcej niż Ci się wydaje.



Vera i Claire . Rozbite, potargane przez los, z uśpioną duszą. Obie tracą dziecko, synka  w tragicznych okolicznościach. Dzieli je tak wiele - czasy, w których żyją, pozycja społeczna, ale łączy los matki - (nie)matki. Czy Claire poskleja swój marny świat? Czy wyprostuje kręte ścieżki Very, które los pogubił osiemdziesiąt lat temu? Otwórz, przeczytaj i przekonaj się, czy jeżynowa zima przyniesie zgubę, a może jednak nadzieję...

W najnowszej powieści Sarah Jio znajdziesz wszystko to, co można było odnaleźć w Marcowych fiołkach i Domu na plaży - niezwykłą historię, ukryte w zakamarkach pamięci tajemnice przeszłości, które sączą się niczym światło w mroku, zalewające wszystko wokół.

Ciasto dyniowe

Ciasto dyniowe

Wiem, jestem bezczelna. Właśnie zaczął się Wielki Post - okres wyrzeczeń, bycia grzecznym, odmawiania sobie słodyczy, a ja przychodzę z kolejnym przepisem. Jednak są sytuacje podbramkowe, na przykład wizyta teściów... 

Bywa, że czasem między popołudniową kawą a ciastem, coś tam palniesz bezmyślnie, o jakimś porządku, o czystości, o perfekcyjnym prowadzeniu domu... I tak zapędzając się w rozważaniach, widzisz, że właśnie popełniłaś wielki błąd, bo do Marthy Stewart Ci daleko. I nie chodzi o to, że ktoś Cię będzie sprawdzał, testował, ale to już jest sprawa honoru. To nic, że właśnie przypada Twój jedyny dzień wolny w tygodniu. Nie masz wyjścia, idziesz za ciosem - mąż łapie za mopa, a Ty gorączkowo zastanawiasz się, co przyrządzić i wtedy przypominasz sobie, że masz zamrożoną dynię! Ciasto dyniowe w lutym? Dlaczego nie?! ;)

Przepis jest banalnie prosty. Co więcej, można je zrobić również z marchewką i bakaliami. Można polać ciasto lukrem, albo białą czekoladą i posypać wiórkami gorzkiej czekolady... Dobra, rozmarzyłam się... :D

Wracając do ciasta dyniowego, jest proste w przyrządzeniu, szybkie i piekielnie dobre! Przepis znalazłam tu, ale przyznam się, że coś odjęłam, coś dodałam.


Lista zakupów:

około 2 szklanek startej dyni;
1 szklanka cukru (zawsze dodaję mniej cukru, tu było podobnie);
3 szklanki mąki (ja dodałam mniej, troszeczkę ponad 2 szklanki);
1 szklanka oleju (nie oszczędzałam, bo ciasto mogłoby wyjść suche);
3 jajka;
1 opakowanie cukru waniliowego;
1 łyżeczka sody oczyszczonej (podrasowałam ją proszkiem do pieczenia);
garść łuskanej dyni;
cynamon (według smaku i upodobań).



Jajka ubijamy z cukrem (najpierw ubijam same białka z cukrem, potem dodaję żółtka). Następnie dodajemy sypkie produkty (mąkę, cukier waniliowy, sodę z odrobiną proszku do pieczenia, cynamon) i olej. Wszystkie składniki dokładnie miksujemy.



Do gotowej masy dodajemy dynię i pestki, delikatnie mieszamy i wlewamy do wcześniej przygotowanej blachy. Idealnie sprawdzi się tu zwykła, wąska foremka, tzw. keksówka. 



Ciasto pieczemy przez około 50 minut w temperaturze 180 st. C. 


Może to nie jest ciasto godne mistrzów, ale jest tak pyszne, że przełamie wszelkie lody, przebije mur i rozgrzeje najtwardsze serce. :)


Smacznego! 

Czekoladowy deser

Czekoladowy deser

Podobno je się, aby żyć, a nie żyje, aby jeść... Hmmm... Gdy w mojej głowie pojawia się myśl o jedzeniu to w tle słyszę fanfary, tło nabiera różowo-czekoladowego koloru i mimowolnie zaczynam mruczeć piosenkę Monici z Przyjaciół: "Mniam, mniam, miłość w brzuszku mam...". Tak, zdecydowanie kocham jeść. Uwielbiam moment przygotowania, potem gotowania. Jednak chwila, gdy siadamy wspólnie, czy to na kanapie u nas w olsztyńskim mieszkaniu, czy przy stole w moim domu rodzinnym, są dla mnie bezcenne. I chyba nie chodzi mi wyłącznie o doznania smakowe, ale o te ulotne chwile spędzone razem. 

Gdy zamykam oczy i wracam do beztroskich dni dzieciństwa, to w ustach czuję smak maminego budyniu czekoladowego, zapach wędzonki taty i stukot maselnicy. Dziś jestem zbyt leniwa, aby robić wszystko sama, jak robili to moi rodzice, ale miłość do jedzenia została. 

Dziś wiem, że wystarczy 15 minut wolnego czasu, budyń śmietankowy, pół tabliczki gorzkiej czekolady, trochę mleka i szczypta cynamonu, aby osłodzić nam sobotni wieczór. :)





Słodkiej niedzieli!
Ola

Między słowami

Między słowami

Wierzę, że słowa mają moc. Nazywają, określają, oświadczają, wyrażają. Bywa, że ich brak oznacza więcej niż byśmy chcieli. Niewypowiedziane budują mur niezrozumienia, a wypowiedziane mogą ranić, burzyć, niszczyć. Dlatego tak ważny jest ich odpowiedni dobór. Otaczanie się pozytywnymi, dobrymi. Bo przecież tymi pięknymi słowami utkany jest każdy nasz dzień, chwila za chwilą. Słowami kreujemy swój świat, poznajemy, doświadczamy. 

Ze wszystkich słów świata najbardziej kocham te zapisane. Te na karteczkach, nabazgrane odręcznie, pozostawione w domowej przestrzeni - zawsze wywołują uśmiech na mojej twarzy. Te zamknięte w twardej oprawie, ubrane w folię, odszukane na regale - opowiadają mi niezwykłe historie. Są jeszcze te oprawione, które mają przypominać mi, co tak naprawdę ma sens. 

Pierwsze "zapisane" plakaty, bo o nich dziś Wam opowiem, nabyłam w Jysku. Szukając kolejnych, wpadłam na pomysł, że fajnie mieć swoje, wydrukowane i oprawione samodzielnie. Jeden stworzyłam w bardzo prostym programie PicMonkey, drugi zaś pobrałam z bloga My Pink Plum. Magda, autorka bloga, tworzy cuda! Jej estetyka i przestrzeń, w której żyje, idealnie wpisują się w mój gust. W swoim blogowym świecie prezentuje świetną grafikę - naprawdę warto tam zajrzeć. :)

Subtelny tekst, umieszczony w ramce to jeden z elementów dekoracji stylu skandynawskiego, ale nie tylko - znajdziecie go również we wnętrzach industrialnych, shabby chic, czy retro. Wybierając idealny plakat warto poszukać czegoś wyjątkowego, czegoś, co odnajdzie się w Waszym świecie.

Mój! :) 


Moje plakaty są już gotowe, cierpliwie czekają na komodzie. Docelowo mają znaleźć się nad kanapą. Półka już odebrana ze sklepu, nabiera mocy prawnej w kartonie w sypialni... 

Ten malutki wylądował na szafce nocnej w sypialni. Kupiony w Jysku za grosze. 


I jeszcze kilka inspiracji wyszukanych w sieci.

źródło
źródło
źródło

źródło

źródło
Enjoy!
Ola

Domowa pizza

Domowa pizza


Pracując dla samych dóbr materialnych, budujemy sobie więzienie. 
Zamykamy się w samotni ze złotem rozsypującym się w palcach, które nie daje nam nic, dla czego warto żyć.

Antoine de Saint-Exupéry


Droga do marzeń czasami jest kręta, wyboista, a tęcza pojawia się po wielu przebytych kilometrach. Czasami, gdy wydaje się nam, że nasze pragnienia są tuż, na wyciągnięcie ręki, okazuje się, że spowiła je mgła, a kolory straciły na intensywności. Jednak nie umniejsza to ich wartości. Co więcej, okazuje się, że ta długa, z pozoru zbędna droga nadaje sens wszystkiemu. Czasami potrzeba nam tych chwil zwątpienia, zmęczenia i poczucia beznadziei, aby poznać smak codzienności, która chwila za chwilą tworzy naszą rzeczywistość.

Zanim znalazłam się w miejscu, w którym jestem teraz, życie rzucało mnie po różnych, dziwnych miejscach. Przerzucałam siedmiokilogramowe sery w angielskiej chłodni, czasami oberwałam jogurtem od starej Irlandki, sprzedawałam cholernie drogie płaszcze w ekskluzywnym butiku, sprzątałam na budowie, byłam telemarketerem, kręciłam pizzę... Teraz, gdy spoglądam na to z kilkuletniego dystansu nie czuję tego żalu, jaki towarzyszył mi wówczas. Wręcz przeciwnie, doceniam spędzony tam czas jako jedna z lepszych lekcji pokory. Dziś robię to, co sprawia mi ogromną przyjemność i z uśmiechem wspominam poprzednie miejsca pracy. Jednak nie zawsze tak było...

Po zakończeniu pracy w restauracji, w której kręciłam pizzę, długo nie mogłam patrzeć na włoskie placki. Dwunastogodzinny wymiar pracy, rozgrzane pomieszczenia i słabe, studenckie wynagrodzenie skutecznie obrzydziły mi jedno z moich ulubionych dań. Po wielu namowach A. i rocznej przerwie odkryłam na nowo ciasto drożdżowe, pokochałam je miłością bezwarunkową i dziś Wam o niej opowiem.

Pierwsza randka z drożdżami była słaba, bardzo słaba. Znalazłam przepis w sieci, zrobiłam wszystko zgodnie z instrukcją. Efekt był taki, że cieszę się, że nie zbieraliśmy zębów z podłogi. Ciasto wyszło twarde jak skała. Mogliśmy użyć go do wbijania gwoździ. Dopiero z czasem, po długich maminych i babcinych poradach, dowiedziałam się, że ciasto drożdżowe należy "wyczuć". I tak intuicyjnie, z sercem zaczęłam ugniatać. Po wielu podchodach i próbach okazało się, że jest to mój sposób na wszystkie smutki i złości tego świata. 

Po długim tygodniu, pełnym krzyku, pytań, i śmiechu dzieci, postanowiłam upiec pizzę. Czysta rozpusta.


Lista zakupów:

drożdże;
3/4 szkl mleka;
ok. 3 szkl mąki pszennej pełnoziarnistej;
2 łyżeczki soli;
2 łyżki oliwy (lub oleju);
garść ziół;
szczypta cukru;
koncentrat pomidorowy (lub inny sos do posmarowania ciasta);
dodatki do pizzy według upodobań.



Zaczyn

Do podgrzanego delikatnie mleka dodajemy drożdże, rozdrabniając je palcami. Następnie dodajemy szczyptę cukru, aby drożdże zaczęły pracować oraz mąkę. Wszystko dokładnie mieszamy, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Proponuję zaglądać do niego, bo lubi płatać figle. ;)



Ciasto

Do miski wsypujemy mąkę pszenną pełnoziarnistą, dodajemy sól, 2 łyżki oliwy (lub oleju) i wyrośnięty zaczyn. Dobrze jest dodać odrobinę wody i podsypywać mąką. Ciasto wyrabiamy dokładnie, z miłością. Moja babcia mówi, że gdy będzie gotowe to nam powie - zrobi "tsssssyt, pssssyt" i już! :D

Po różnych przeprawach muszę przyznać, że najlepsze ciasto drożdżowe wychodzi mi ze zwykłej, białej mąki pszennej. Zawsze jest mięciutkie i rośnie jak szalone. Ostatnio staramy się dobierać rozsądnie produkty, które spożywamy, dlatego użyłam mąki pełnoziarnistej. Niestety moje wypieki nie są tak okazałe, ale pewnie zdrowsze...

Dobrze, wróćmy do ciasta. Wyrobione, przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia.



Teraz jest czas na dobranie dodatków do pizzy. Mogą być wyszukane, tradycyjne lub zwykłe czyszczenie lodówki. U mnie na pizzy wylądowały pieczarki, oliwki, papryka, kurczak, cebula, czosnek i na końcu ser.


Gotowe ciasto należy rozwałkować na wcześniej obsypanej mąką blasze. Oczywiście możecie pobawić się w kręcenie i zrobić okrągła pizzę, ja jednak piekę na blasze z piekarnika.




Ciasto smarujemy sosem, koncentratem lub świeżo zblendowanymi pomidorami. Układamy dodatki, posypujemy ziołami i pieczemy przez około 15-20 minut. Przed końcem posypujemy serem i  voilà




Smacznego!





Copyright © 2016 Do utraty tchu. Uważniej , Blogger