Wyszeptany Gdańsk: P. Huelle "Weiser Dawidek"

Wyszeptany Gdańsk: P. Huelle "Weiser Dawidek"

Każda znajdująca się tu książka, każdy tom, posiadają własną duszę. I to zarówno duszę tego, 
kto daną książkę napisał, jak i dusze tych, którzy tę książkę przeczytali 
i tak mocno ją przeżyli, że zawładnęła ich wyobraźnią.
Carlos Ruiz Zafon, Cień wiatru

Są osoby, miejsca, chwile, które zostają w nas na zawsze. Wkraczają nieproszone, rozpychając się w oswojonej przestrzeni, zaprzyjaźniają z bezpiecznym światem i trwają. Z czasem ich czujność gaśnie, otulone zakurzonym obłokiem, przykryte upływającym czasem i ulotną pamięcią. Czekają na swój moment, wybudzone - dopominają się o uwagę. 

Podobnie jest z książkami. Raz ożywione szeptem czytanych słów, szelestem kart, zasypiają wciśnięte między zakurzone tomiszcza. I tak czuwają, nasłuchują, czy jakieś zabłąkane palce musną odrętwiały grzbiet. 

Ostatnio przeszukując półki, natknęłam się na książkę, która kryła się od kilku lat w zakamarkach mojej pamięci. Czekała posłusznie, ubrana w podniszczoną folię, skrywając w pożółkłych kartkach niesamowitą historię. Historię, którą sprawiła, że Weiser Dawidek Pawła Huellego (bo o tej powieści piszę) to jedna z moich ulubionych lektur. Pamiętam dokładnie, gdy po raz pierwszy otwierałam twardą oprawę, chłonęłam słowo po słowie, przeplatane pięknymi fotografiami Gdańska z lat pięćdziesiątych. I tak z każdym przeczytanym rozdziałem, kroczyłam za bohaterami po znanych mi doskonale ulicach Wrzeszcza, czułam skwar upalnych dni i unoszący się pył w gęstym, letnim powietrzu. To był powrót do dzieciństwa, w którym każdy dzień zaczynał życie na nowo. Stare kamienice, opuszczony cmentarz, smak oranżady - taki jest właśnie Gdańsk sprzed ponad pięćdziesięciu lat widziany oczami Pawła Huellego. Przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Dawny Gdańsk, współczesna niemiecka rzeczywistość z duchem brętowskiego cmentarza. 


Huelle przedstawia historię zwyczajną: początek lata, rozdanie świadectw i grupa przyjaciół. Bohaterami powieści są trzej nierozłączni koledzy: Szymon, Piotr i Paweł. Mieszkają w jednej kamienicy, dzielą wspólnie podwórko, skazani na swoje towarzystwo. Ten sielski obraz burzy pojawienie się Obcego, który sprawia, że trwające wakacje pozostaną niezapomniane. Kim właściwie jest intruz? 

Jest to tytułowy bohater - Weiser Dawidek. Jest inny i nikt się temu nie sprzeciwia. Początkowo jest wyśmiewany przez rówieśników ze względu na swą odmienność. Żydowski, drobny dziesięciolatek trzyma się poza grupą, co tylko potęguje agresję dzieci. Jednak chłopiec jest dumny i nad wiek poważny. Z czasem zaczyna wzbudzać respekt i szacunek. 

Huelle dozuje wiedzę na temat tajemniczego chłopca. Stopniowo dopuszcza czytelnika do hermetycznego świata Dawidka, aby z każdym kolejnym przeczytanym zdaniem mógł stać się świadkiem jego niezwykłych umiejętności.


Weiser Dawidek to z pewnością nie jest wyłącznie historia przygód żydowskiego dziesięciolatka. To przede wszystkim mit o utraconej arkadii. Razem z bohaterami wybierzesz się na spacer po Gdańsku lat pięćdziesiątych. Odkryjesz podwórka zamknięte w starych murach, wejdziesz po skrzypiących schodach kamienicy, poczujesz obezwładniający letni żar. Zmysłowa narracja poprowadzi Cię po magicznych miejscach, które tworzą niezwykły klimat.

Na podniszczonych kartach powieści Huellego odnajdziesz krytykę systemu totalitarnego, zabobonnej wiary oraz odkryjesz sakralną przestrzeń przeszłości autora. Jednak jeśli wyciszysz głos rozsądku, usłyszysz szept wakacyjnej przygody. Obudzisz uśpione dziecko, które gdzieś w Tobie drzemie.



Mój jest ten kawałek podłogi

Mój jest ten kawałek podłogi

Wychowałam się w ponad stuletnim domu, w którym pokoje mają trzy metry wysokości, a strych do dziś budzi mój niepokój. Czasami, gdy zamykam oczy wsłuchuję się w szepty pięciu pokoleń, których życie toczyło się i toczy w nim do dziś. Sufity zdobią ogromne drewniane belki, które dostarczały mi rozrywki, gdy choroba kładła mnie do łóżka. Pamiętam, jak z nudów liczyłam sęki w deskach... I choć nigdy nie spędziłam w nim sama nocy (na samą myśl mam gęsią skórkę), to kocham ten dom. 

Gdy cztery miesiące temu po raz pierwszy ściskałam w dłoni klucze do NASZEGO NOWEGO DOMU wiedziałam, że chciałabym stworzyć miejsce, do którego zawsze będziemy wracać z radością. Jednak moje wyobrażenie o jego wystroju dalekie było od domu rodzinnego. Od początku wiedziałam, że ma być biało: biała cegła, białe firany, białe meble i biała kuchnia z drewnianymi blatami... Początkowo moja mama dopytywała się, czy na pewno ("Biało jak w szpitalu?"), ale gdy dziś nas odwiedza to wiem, że  po prostu lubi to miejsce. 

Kupiliśmy mieszkanie, które miało już swoją historię i czekało aż my dopiszemy do niej naszą. Od pierwszych chwil zakochaliśmy się w nim bezgranicznie. Uwielbiam wierzbę za oknem, rozkład pomieszczeń i tupot małych nóżek z góry. Jednak mieszkanie z rynku wtórnego ma też swoje minusy. Poprzedni właściciele zostawili nam całą kuchnię, która w ogóle nie pasowała do mojej wizji. W sypialni mieliśmy niebieskie (!) meble, które jednak były w bardzo dobrym stanie. Czarę goryczy przelały marmurkowe, zielone kafle kuchenne, na które nie mogłam patrzeć! Wtedy w ruch poszła biała farba. Pomalowałam meble i tak - kafle również! I choć każdy, kto słyszał o tym pomyśle pukał się w głowę, potem zastanawiał się, czy kładliśmy nowe. :) Kiedyś pokażę Wam moją starą/nową kuchnię, jednak dziś opowiem Wam o sypialni.

Od bardzo dawna przeglądałam różne wnętrzarskie blogi w poszukiwaniu idealnego stylu. Jednak ciężko mi było zdecydować się na jeden, gdy moje serce pałało miłością do kilku, trochę gryzących się, wnętrz. Marzyłam o prostym stylu skandynawskim, ale z romantycznymi przedmiotami w stylu shabby chic. Jakaś część mnie tęskniła za swojską, rustykalną kuchnią, a inna fascynowała się industrialnymi lampami... I tak w tym chaosie wijemy nasze gniazdko - fort, w którym będziemy szukać schronienia przez dłuuuugie, kredytowe lata. :)

1. Zasłony - Ikea, 2 szt., 259 zł. Znalazłam prawie takie same w Pepco za 140 zł/2 szt. 2. Szkatułka - Pepco, 19,99 zł 3. Świecznik - Jysk, 19,99 zł 4. Wiklinowy kufer - www.wiklina.org.pl, 170 zł 5. Lustro - Ikea, 29.99 zł 6. Cotton Ball Lights - www.scandishop.pl, 99 zł 7. Pled - Ikea, 99 zł

W naszej sypialni najbardziej uwielbiam tapetę imitującą stare deski.


I jeszcze kilka inspiracji wyszperanych w sieci.

źródło

źródło

źródło
źródło
źródło
źródło
Piękne, prawda? A Ty masz już swój azyl? :)
Do następnego!
Ola

W uśpieniu: S. McKenzie "Zamknij oczy"

W uśpieniu: S. McKenzie "Zamknij oczy"

Zrywam się ze snu. Jakiś koszmar, boję się, w piersi czuję ciężar.
Coś mi umknęło... czegoś brakuje... Beth... zawsze Beth...
Sophie McKenzie, Zamknij oczy

Za oknem nic się nie zmienia. Ta sama wierzba. Sąsiad parkuje samochód. Ludzie przechodzą z jednej strony na drugą, spiesząc do pracy, szkoły, domu... Świat delikatnie przyprószył nocny śnieg. Przyszedł niespodziewanie, przykrywając płaszczem wszystko wokół. Nie pytając nikogo o zdanie. Każdego dnia wszechświat budzi się do życia, tylko nie ja. Ja tkwię w pustce, zatracona w rozpaczy, uśpiona bezsilnością. Osiem lat. 

Nie, to nie ja. To Geniver Loxley, matka - (nie)matka, poznana przypadkiem, od kartki do kartki, chwila za chwilą. Zamknięta w słowach, przeczytanych w Zamknij oczy Sophie McKenzie.

Świat wokół Gen z pozoru jest poukładany. Mąż, Art pnie się po szczeblach kariery, otaczając ją opieką i miłością. Przyjaciółka jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Dom duży, piękny i z duszą, ale pusty. Pusty, jak Gen, która tkwi w zawieszeniu, między jawą a snem. Niby żywa, a jednak martwa. 


Osiem lat temu Gen urodziła martwe dziecko. Malutką Beth. Nie potrafi pożegnać córki, wypełniając stratę kolejnym dzieckiem. Każdego dnia odmawia powrotu do swojego dawnego życia. Krok na przód, to krok dalej od Beth. Nie opuści jej, nie zdradzi...

Pewnego dnia na progu domu Loxleyów staje drobna, skromna kobieta. W jej oczach czai się strach. Twierdzi, że ich córka żyje. Czeka aż matka ją odnajdzie.

Szaleństwo, prawda? A jednak. Pustkę zalewa nadzieja. Z każdą minutą dusza Gen budzi się, popychając ją do działania. Tylko dlaczego nikt oprócz niej w to nie wierzy? Dlaczego Art, który tak bardzo cierpi po stracie córki, nie chce pomóc Gen? Czy chce oszczędzić jej rozczarowania, a może coś przed nią ukrywa? Komu może ufać? Kim są ludzie, którzy wypełniają jej codzienność? Czy Beth żyje? 

Zaczyna się obłędna walka Gen o stracone życie, o swój spokój, o siebie. Z każdym przeczytanym zdaniem jej historia pochłania bez reszty. Zło sączy się z dotychczas niewidocznych szczelin, wypełniając z pozoru bezpieczny świat.

Nie zamykaj oczu. Przeczytaj.

Gdy będę duża

Gdy będę duża

Odkąd pamiętam, zawsze chciałam pracować z dziećmi. Gdy byłam kilkuletnią dziewczynką, marzyłam o byciu Wielką Panią Nauczycielką. Zakładałam dzienniki, prowadziłam lekcje (nie wiem dlaczego, ale najbardziej lubiłam nieposłusznych uczniów :D) i pisałam kredą po wszystkich meblach (ku przerażeniu mamy). Gdy byłam trochę starsza pragnęłam poważnych debat o literaturze. I gdy po pięciu latach nieustannego czytania, w jednej dłoni ściskałam dyplom, w drugiej zaś nadal kurczowo trzymałam moje dziecięce marzenia. Wiedziałam, że nadszedł ten dzień, w którym mogę być, kim chcę...

Niestety tak często bywa, że różowe okulary, nie tylko zsuwają się z mojego nosa, a wręcz roztrzaskują na milion kawałków w zderzeniu z rzeczywistością. Jednak, gdy dziś zatrzymuję się i rozglądam wokół to wiem, że to właściwa droga. I choć nie myślałam, że kiedyś będę pracować z AŻ tak małymi dziećmi, to wiem, że to jest ta rzecz, za którą warto być wdzięcznym.

Z perspektywy czasu widzę, że jest nawet lepiej. Dlaczego? To proste! Nie muszę być tą złą wiedźmą, która sprawdza im prace i nakazuje coś robić. Nie strofuję (no, może czasami...), nie zmuszam do przychodzenia, wszystko na luzie i z uśmiechem. Uwielbiam te momenty, kiedy siadamy na dywanie i czytamy książki, rozmawiamy na przeróżne tematy, uczymy się nowych technik plastycznych. Oczywiście, nie zawsze jest tak kolorowo. Nie wszystko można zaplanować, ułożyć i wygładzić, by było jak w zapisanym scenariuszu. Gdy w grupie dwudziestu osób, połowa jest ze zdiagnozowaną nadpobudliwością ruchową, a ja dowiaduję się o tym na koniec zajęć, to fakt - opadają mi ręce i w oczach mam łzy. Gdy podczas rozmowy o marzeniach, dziewczynka z łamiącym głosem prosi, aby jej tata wyzdrowiał, to czuję okropną bezradność. Jednak to tylko pojedyncze chwile, które uświadamiają mi, że to przecież życie. Ważne są te momenty, w których zamiast zwykłego powitania słyszę szeptane słówka do ucha "pani, kocham panią", małe rączki oplatające moją szyję i uśmiech zadowolenia.

Dziś, siedząc nad statystykami, spoglądam na liczby, które innym nic nie mówią. Jednak dla mnie to te ulotne chwile, które uczą mnie każdego dnia kreatywności, radości z małych rzeczy, dystansu i pokory.


Tarta ze szpinakiem

Tarta ze szpinakiem

Są takie momenty w roku, że moje różowe okulary delikatnie zsuwają się z nosa, pokłady energii jadą na rezerwie, a każdego poranka czuję coraz większy ciężar na barkach. Wiem, że nadszedł ten czas, kiedy mój codzienny optymizm zostaje wystawiony na poważną próbę... 

Gdy moje biurko w pracy zasypane jest papierzyskami, a ja, polonistka bez serca do liczb, muszę zmierzyć się z rocznymi statystykami, wiem, że właśnie nadszedł ten niewdzięczny okres w roku. Normalnie moim antidotum na wszystko jest dom. Po prostu cały dzień przewijam ten sam film w głowie, w którym jestem zakopana pod kocem, z kubkiem kawy i czytam, czytam, czytam lub oglądam kolejny odcinek jakiegoś sitcomu (ostatnio naszą miłością stał się serial Teoria wielkiego podrywu). Jednak teraz mam wrażenie, że kolejne godziny spędzone na szeroko pojętym "nicnierobieniu" nie sprawią, że formularze zostaną w magiczny sposób zapełnione liczbami, zajęcia przygotują elfy, a dzieciakami zajmą się wyspecjalizowane zastępy goblinów. Co robić, jak żyć?!

Nie odkryłam Ameryki, ale znalazłam sposób na siebie. Odkurzyłam stare treningi z Jane Fondą (uwielbiam ją bezwarunkowo, jej energię, legginsy z lycry i busz na głowie). Po treningu mam wilczy apetyt. Jednak, żeby nie przesadzić z moim łakomstwem, zaczęłam szukać kolorów w jedzeniu. I tak naszą kuchnią zawładnęła tarta ze szpinakiem! :)

Moje pierwsze starcie z tartą miało miejsce jakiś czas temu. Przegrałam. Ciasto było surowe, a wszystkie, co prawda dobre, składniki wylądowały w koszu. Nie muszę chyba dodawać, że stało się to przedmiotem kpin ze strony mojego męża. Bezczelny nie wiedział, że ja się nie poddaję i wojnę wygram! Ale muszę przyznać, że biedny próbował to okropieństwo jeść, aby nie sprawić mi przykrości...

Biedronkowa forma za 7,99 zł!
Kolejną walkę podjęłam, gdy w Biedronce przypadkiem natknęłam się na sylikonową formę za jedyne 7,99 zł! Uwielbiam sylikonowe akcesoria kuchenne, bo są bardzo wygodne, dobrze się je czyści, nie nagrzewają się (prawie) i idealnie odchodzi od nich ciasto.

A oto przepis.


Lista zakupów:

30 g mąki pszennej;
20 g masła;
1 jajko;
1 opakowanie szpinaku (ja kupiłam mrożony w kostce, ale pewnie lepiej się sprawdzi świeży);
duuuużo czosnku;
1 pomidor;
ser;
bazylia.

Ciasto

Przepis na ciasto jest tak prosty, że nawet ja, która wszystko notuję, przyrządziłam je z pamięci. :) Jedyne, co należy zapamiętać to proporcje - 3:2:1, czyli 30 g mąki pszennej, 20 g masła i 1 jajko. Ja z rozpędu dodałam więcej masła, dlatego zmuszona byłam podsypać mąką. Niemniej jednak wyszło mi to na dobre, bo biedronkowa forma jest dość okazałych rozmiarów.

Zagniatamy ciasto, wykładamy nim formę i wstawiamy do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika na około 10 minut (tak, aby troszeczkę się zarumieniło).

Następnym razem muszę zdecydowanie popracować nad brzegami, bo teraz miałam podejrzliwie mało ciasta! :D


Teraz przygotujemy szpinak. Należy podsmażyć go na maśle lub oliwie, dodając duuuużo czosnku.


Gdy ciasto jest podpieczone, wykładamy na nie gotowy szpinak, układamy pokrojony w plasterki pomidor, posypujemy całość bazylią i zapiekamy przez około 10 minut.



Pod koniec pieczenia posypujemy tartę serem i voila!


Gdy już się zrehabilitowałam i przekonałam, że nie taka tarta straszna, jak ją malują, wiem, że będę po ten przepis często sięgać. Już nie mogę doczekać się tarty z jabłkiem, oprószonej cynamonem.... :)


Po drugiej stronie tęczy: C. Ahern "Love, Rosie"

Po drugiej stronie tęczy: C. Ahern "Love, Rosie"

Ludzkie życie jest zbudowane z czasu. Nasze dni, nasza zapłata mierzone są w godzinach, nasza wiedza wyznaczana jest przez lata. Chwytamy w ciągu dnia kilka minut na przerwę na kawę, a potem czym prędzej biegniemy do biurek, spoglądamy na zegarek, żyjemy od jednej wizyty do drugiej. Mimo to nasz czas kiedyś się kończy i w głębi duszy zastanawiamy się, czy przeżyliśmy dobrze te wszystkie sekundy, minuty, godziny, dni, tygodnie, miesiące, lata i dekady.
Cecelia Ahern, Love, Rosie

Czy zastanawiacie się czasami, czy ścieżka, którą obraliście jest tą jedyną? Nie właściwą, ale jedyną. Życie daje nam tyle możliwości, szans, nadziei, a my czasem mijamy się, jak we mgle. Nie ten czas, brak odwagi, a czasem zwyczajnie brak wiary. Wybieramy stałą pracę, bo przecież jest pewna. I to nic, że każdego dnia dusimy się własnym oddechem. Otaczamy się ludźmi, którzy sekunda po sekundzie odbierają nam światło dnia. Nie widzimy już wschodów, nie dostrzegamy różu w tęczy... Choć nie wiem jak bardzo byśmy się starali to nie uciekniemy, bo życie w końcu nas dopadnie. I wtedy zastanawiamy się, czy warto burzyć wszystko i budować na nowo. 

Szczerze? To nie wiem. Jednak jednego jestem pewna. Jeśli czegoś nam brakuje, a w naszym życiu nie ma tej iskierki, która sprawia, że czujemy, to znak, że czas ruszyć z miejsca. Rosie, niespokojna dusza, bohaterka jednej z książek Cecelii Ahern pt. Na końcu tęczy (lub drugie wydanie pt. Love, Rosie) jest idealnym przykładem, że czasem szukamy tej iskierki wiele długich lat. Czasem wystarczy wypowiedzieć życzenie, wyciągnąć po nie rękę, bo zazwyczaj jest ono tuż obok. 

Rosie i Alex są nierozłączni. W dzieciństwie biegają w ogrodzie na tyłach domu, bawiąc się, rozrabiając i dokuczając sobie wzajemnie. Trochę później wspólnie przeżywają pierwsze zauroczenia, pierwszy wspólny łyk zakazanego, wyskokowego napoju, pierwsze porażki, łzy i radości. I nawet, gdy pewnego dnia życie rozdziela ich, nadal są razem. Na dobre i złe. Magia przyjaźni trwa. Ale czy wystarczy im tylko, a może aż, przyjaźń?


Love, Rosie to piękna, wzruszająca opowieść o niezwykłej przyjaźni i miłości. To książka, która rozśmiesza od pierwszych stron. I najważniejsze, to historia, która być może naiwna, ale naprawdę daje dobrą lekcję pokory. Wydawałoby się, że życie Rosie rozczarowuje ją w każdej minucie. Być może codzienność, z którą się mierzy, jest daleka od jej marzeń. Jej butna natura nie pozwala zrobić kroku w kierunku szczęścia, które ma na wyciągnięcie ręki. Jednak w tym całym pomieszaniu nie zapomina, że to przecież jej życie. I żyje, ze wzlotami i upadkami, sprawiając, że jest tak naturalna i autentyczna. 

Uwielbiam książki Cecelii Ahern. Jej rewelacyjne poczucie humoru, dublińska przestrzeń i te niepowtarzalne historie. Gdy po raz pierwszy otworzyłam Love, Rosie i spostrzegałam, że w całości napisana jest e-mailami, listami, smsami, chciałam się poddać i po prostu obejrzeć film. Jednak po pierwszych słowach, kartka za kartką - przepadłam. Śmiałam się w głos, chłonęłam, a na koniec chlipałam jak małe dziecko. 

Jest jeszcze jedna, różowa strona tej powieści. Siła tkwi w rodzinie. W ludziach, którzy wypełniają nasz świat, otaczają nas każdego dnia. Tkwią przy nas, gdy tego chcemy, czy nie. Po prostu są. I gdy Pani Rolnik poprosiła nas, blogowe koleżanki i czytelniczki, abyśmy przypomniały sobie najważniejsze chwile w naszym życiu, to pomyślałam właśnie o tym. Mój świat wypełniają ONI, moja rodzina. Każdego dnia, gdy w pędzie godzin, obowiązków gubię się w chaosie myśli, po prostu zamykam oczy i jestem z nimi: jest słoneczne, czerwcowe popołudnie. Biała, koronkowa suknia, ukradkiem ocierane łzy wzruszenia pomieszane ze szczęściem, słowa przysięgi rozchodzą się po wiekowych ścianach, pierwszy taniec i to uczucie ekscytacji na myśl o przygodzie, jaka nas czeka. To moja Dobra Myśl, a Ty masz już swoją? Nie czekaj zbyt długo... ;)



One month...

One month...

Dziś mój blog kończy miesiąc! Jestem naprawdę szczęśliwa, że na swojej drodze spotkałam tyle dobrych duszyczek, które popchnęły mnie do tego zwariowanego pomysłu. Dziś po 30 dniach wymyślania, pisania, główkowania, wiem, że to był dobry krok. Dziękuję wszystkim, którzy choć na chwilkę odwiedzili mój olsztyński świat i zapraszam, bo przecież to dopiero początek... :)

Śliwki w czekoladzie

Śliwki w czekoladzie

Na co dzień nasz świat jest bardzo uporządkowany. W olsztyńskich ścianach bez problemu odnajdujemy ścieżki do półek z książkami, do wspólnie spędzonych chwil z ulubionymi serialami, bez zbędnych drogowskazów odnajdujemy siebie. I gdy w sobotnie popołudnie w naszą przestrzeń wdarł się dwuletni Loluś, na kilka dni sterroryzował nasz ład i porządek. Bez pytań, sprzeciwu, tak naturalnie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki poświęciliśmy mu się bez reszty. Czas stanął w miejscu, wypełniony po brzegi umorusanymi całusami, głaskaniem za uszkiem, udawaniem kotka, śpiewaniem kołysanek i przytulańcami. 

Gdy już wszystkie bombki na choince zostały zbadane ciekawskimi łapkami, szyby porządnie oślinione, ja oświecona, że oparcie kanapy bardziej nadaje się do leżenia, niż miejsce wskazane przez producenta, a pan prąd kopie dość boleśnie, jak zaprezentowały mi to dwuletnie nóżki, to postanowiliśmy, że wspólnie z Lolkiem upieczemy ciasto. Warunek był jeden: miało być słodkie, pyszne, a zabawa przednia. Tak się złożyło, że mam maminy przepis, który sprawdza się w każdych warunkach. To takie moje ciasto, które serwuję, gdy muszę udowodnić, że jestem już duża, czyli święta, urodziny, imieniny w pracy (tak, tak - obchodzę imieniny w pracy!)... No dobrze, co to za ciasto? To śliwki w czekoladzie. Naprawdę pycha! 

Składniki:

5 jaj;
6 łyżek mąki pszennej;
1,5 łyżki mąki ziemniaczanej;
2 łyżeczki kakao;
2 x 3/4 szklanki cukru;
1,5 łyżeczka proszku do pieczenia;
2 łyżki budyniu śmietankowego;
1 szklanka mleka;
1,5 margaryny lub masła (zależnie od upodobań);
tabliczka (może być 1,5) czekolady mlecznej Wedel (koniecznie Wedel);
40 dag śliwek suszonych.

Biszkopt

Mieszamy w miseczce: 4 łyżki mąki pszennej, 1,5 mąki ziemniaczanej, 2 łyżeczki kakao i 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia.



Do 5 białek dodajemy szczyptę soli i ubijamy na sztywną pianę. Następnie stopniowo dodajemy 3/4 szklanki cukru i 5 żółtek, a na koniec sypkie produkty, które wcześniej przygotowaliśmy.


Gotową masę wylewamy na blachę i pieczemy około 25 - 30 minut.

Teraz przechodzimy do przygotowania kremu. Jednak wcześniej proponuję zalać śliwki przegotowaną wodą na około 30 minut.



Dobrze, teraz masa. Do niedużego garnuszka wlewamy szklankę mleka. Dodajemy do tego 3/4 szklanki cukru, 2 łyżki budyniu śmietankowego, 2 łyżki mąki pszennej. Gotujemy, mieszamy aż powstanie gładziutka masa, przypominająca budyń. Odstawiamy aż wystygnie.


Wystudzony budyń miksujemy z kostką masła/margaryny i smarujemy nim biszkopt.
Na masę układamy śliwki (dobrze jest je trochę pokroić).

I na koniec polewa. Czekoladę rozpuszczamy z 0,5 masła/margaryny i wystudzoną polewamy śliwki.
Ciasto podawać schłodzone.
Tadam! :)

Nasz biszkopt wyszedł niziutki, ale to dlatego, że mój mały pomocnik wyjadł połowę składników. :D Niemniej jednak przyznam nieskromnie, że ciacho wyszło smaczne, jak widać na poniższym obrazku! :P


Wolne dni dobiegły końca, a dziś musiałam zderzyć się z codziennością. Jednak wiem jedno. Wiedziałam to już wczoraj. Gdy po pożegnalnych buziakach, wykrzyczanej miłości do Lolka z balkonu, zamknęłam drzwi, a wszystko wróciło na swoje miejsce, czułam, że to był wyjątkowy czas. Wspólnie spędzone chwile wylądują w słoiczku wspomnień, aby ożyć już za parę miesięcy, 31 grudnia... 

Gdy nie ma już nic / recenzja powieści "Gdy przejdziesz przez próg" P. Daly

Gdy nie ma już nic / recenzja powieści "Gdy przejdziesz przez próg" P. Daly

Każdy z nas w pewnym stopniu czerpie uciechę z cudzych upadków. 
Życie staje się znośniejsze, jeśli ktoś, kto teoretycznie ma wszystko traci coś cennego.

Paula Daly, Gdy przejdziesz przez próg

Rzeczywiście, jest w tym ziarno prawdy. W każdym z nas jest cząstka, która lubi taplać się w cudzych niepowodzeniach. I nie chodzi mi o zwykłą, ludzką zawiść. To raczej nieodparta potrzeba porównywania się z innymi. Przekonanie, że komuś nie wyszło, uświadamia nam, że z nami nie jest tak źle, że nasze życie jest "znośne". Takie katharsis czyimś kosztem...


Lektura jednej z książek wydanych z serii Kobieca strona thrilleraGdy przejdziesz przez próg autorstwa Pauli Daly, powinna dostarczyć nam takiego literackiego oczyszczenia. Jednak podczas czytania powieści we mnie wszystko krzyczało: nie, nie, NIE! Nie czułam żadnej satysfakcji z cierpienia i bezsilności głównej bohaterki. Byłam zwyczajnie zła! Co chwila odkładałam książkę, aby za moment sięgać po nią z powrotem... Dobrnęłam do końca i wiem, że było warto. 

Prosta historia: Natty ma "wszytko" - cudownego męża, dwie wspaniałe córki, spory majątek. Jednak pewnego dnia okazuje się, że splot nieszczęśliwych zdarzeń doprowadza ją do pustki. Z dnia na dzień bańka mydlana, w której wygodnie się umościła, pęka: mąż okazuje się zwykłym durniem, córki gubią się w nowej rzeczywistości, a bogactwo to tylko dodatek, bez którego można żyć. A wszystko to za sprawą przyjaciółki, Eve. 

Natty to kobieta, jakich pełno wokół nas. Jest oddana swojej rodzinie, zabiegana, ale idealnie zorganizowana, wciąż zestresowana. Początkowo nie wzbudza nawet sympatii. Z każdą przeczytaną stroną, czuje się jej naiwność i ignorancję wobec popełnianych błędów. Jednak, gdy traci wszystko, zaciskasz pięści i kibicujesz jej: "No, dalej, walcz!". 


Czy Natty obudzi się z marazmu bezsilności? Czy naprawdę wiesz, kogo wprowadzasz do swojego świata? Czy warto się bronić, a może lepiej poddać? Czy są granice zaufania wobec bliskich? Nie wiem, czy znajdziecie odpowiedzi na te pytania w powieści Pauli Daly, ale z pewnością zastanowicie się nad nimi.

Każda, pojedyncza chwila

Każda, pojedyncza chwila

Nie lubię postanowień noworocznych. Po pierwsze, nie cierpię robić coś z przymusu, z określonym początkiem zatytułowanym "Od jutra...". O wiele lepiej, gdy mam świadomość, że coś sprawia mi przyjemność. Robię to, bo mam na to ochotę. Po drugie, fatalnie jest się przed sobą przyznać, że dotrwam w postanowieniu góra dwa miesiące...

Z drugiej strony nie uważam, że takie postanowienie poprawy to coś złego. Nowy Rok to dla nas taka tabula rasa. Możemy tyle naprawić, zacząć coś od nowa, podnieść się i iść z podniesionym czołem przez 2015 rok. Co więcej, uważam, że nadzieja to coś pięknego! Zawsze należy wierzyć, że los codziennie będzie się do nas uśmiechał. 

Niemniej jednak ja osobiście od kilku lat stronię od noworocznej checklisty. Moim patentem na dwanaście ostatnich miesięcy stał się szklany słoiczek, przewiązany kolorową tasiemką. Odnalazł się w naszej przestrzeni, zaprzyjaźnił z naszymi szpargałami i skrycie chował nasze wspomnienia...


Przez cały rok, zaczynając już od 1 stycznia ubiegłego roku, zapisywałam na karteczkach dobre momenty - chwile, które sprawiły, że nasze serca ściskały się ze wzruszenia. Początkowo mój Mąż patrzył na mnie z politowaniem, uśmiechając się pobłażliwie jak do naiwnego dziecka (często nas to spotyka, bo mimo upływających lat, wciąż na świat patrzę przez różowe okulary). Jednak, gdy wczoraj, żegnając stary rok, otworzyliśmy słoik, A. był równie szczęśliwy jak ja! To był wspaniały czas, magiczne chwile, zamknięte w szklanych ścianach. Okazało się, że spotkało nas tyle dobra, miłości i szczęścia, że ciężko to opisać. Wrzucałam karteczki z naprawdę istotnymi wydarzeniami w naszym życiu, jak wspólnie spędzone dziewięć lat razem (to najpiękniejsze, co mogło mnie spotkać)., ale również z takimi chwilami, które po prostu były przyjemne. Dzięki tym zapiskom przypomnieliśmy sobie, że nasz DOM znaleźliśmy w moje urodziny, że podczas majówki wybraliśmy się na spacer do lasu i spędziliśmy tam rewelacyjny czas, albo pierwsze marcowe lody w Starym Ratuszu zjedzone z Katiuszką.

To był cudowny, urodzinowy prezent! :)

Praga była jednym z najpiękniejszych miejsc, które dane mi było zobaczyć.
Tak na co dzień uczymy się doceniać każdą chwilę. Jednak nie oszukujmy się, zwyczajnie zapomnielibyśmy o takich drobiazgach jak wspólnie wypita kawa z przyjaciółką w maju lub kwietniowa wizyta w Parku Kusocińskiego. Dlatego jestem naprawdę szczęśliwa i wdzięczna, że tyle jest pięknych chwil, którymi należy się dzielić. Nie warto skupiać się na tym, co się nie udało. Jest przecież tak dużo dobra, którego nie dostrzegamy! My już wiemy, że tradycja szklanego słoiczka wspomnień zagości w naszej rodzinie. Każda ulotna chwila tworzy nasz świat, którym żyjemy tu i teraz. 


Pięknego 2015 roku! ;)
Copyright © 2016 Do utraty tchu. Uważniej , Blogger