Tam i z powrotem: "Hobbit. Bitwa Pięciu Armii"

Tam i z powrotem: "Hobbit. Bitwa Pięciu Armii"

Cały rok na to czekałam! Caluteńki! Po trzech magicznych dniach świętowania, nadszedł ten upragniony moment i obejrzałam trzecią, a zarazem ostatnią, część Hobbita. I wiecie co? Nie zawiodłam się! 
Choć w Internetach można napotkać wiele różnych opinii o ekranizacji przygód małego hobbita, ja pełna optymizmu wybrałam się do kina i nie żałuję. Nie jestem żadnym pasjonatem filmowym, co więcej - jestem okropnym ignorantem fantastyki, ale od pierwszych minut Hobbita, Władcy Pierścieni i Harrego Pottera przepadłam. Są to filmy, które powinniśmy znać i  już! 


Osobiście uważam, że ekranizacja powieści Tolkiena to po prostu majstersztyk. Znalazłam tam wszystko, czego oczekiwałam: przepiękną scenografię, świetną obsadę i Legolasa. :D 


Hobbit: Bitwa Pięciu Armii to ostatnia wyprawa do magicznego świata Śródziemia, w którą zabiera nas Peter Jackson. Drużyna krasnoludów, dowodzona przez Thorina Dębową Tarczę dociera do Samotnej Góry, wypełnionej przeklętym skarbem, którego strzeże potężny Smaug. 

Walka ze smokiem to tylko początek przygody odważnego Bilbo i jego towarzyszy. Na ich drodze stanie armia okropnych orków, orszak dumnych elfów (Ach, jak bym chciała choć jeden dzień być taką Tauriel! ;) ) i waleczni śmiertelnicy z Bardem na czele. 



Filmowa adaptacja książki Tolkiena to przede wszystkim opowieść o odwiecznej walce dobra ze złem, żądzy władzy oraz potędze przyjaźni i miłości. To świat, w którym granice wyznaczają honor i odwaga. 

Niby banalne, ale takie piękne i coraz rzadziej spotykane.


Dziś czuję satysfakcję, Warto było czekać dwanaście miesięcy. Były piękne elfy, waleczne krasnoludy, przeklęte sceny z orkami (w 3D bałam się jeszcze bardziej) i poczciwy Bilbo Baggins. Jedyne nad czym ubolewam to, że Legolas walczył w pełnej zbroi...


Kadry z filmu pochodzą ze strony: www.film.onet.pl.



Magia świąt

Magia świąt

W moim olsztyńskim domu pachnie świętami. Jest magia. :) Cieszę się tym bardziej, bo to pierwsze Boże Narodzenie w naszych wymarzonych czterech kątach. I gdy już zbudowaliśmy sobie christmasowy fort to okazało się, że czas się pakować i ruszać w drogę...

Bardzo walczyłam z samą sobą, aby nie wpaść w szał świątecznych zakupów. Gdy w grę wchodzą te wszystkie światełka, bombki, aniołki i inne renifery to najrozsądniej prowadzić mnie za rękę po wszystkich sklepach z dokładną listą zakupów. 

Przez cały grudzień wprowadzałam stopniowo zimowo-świąteczne ozdoby. Zaczęłam niepozornie od poduszek, które od samego początku skradły moje serducho. Skończyłam na choince, która stoi teraz samotnie prawie 70 kilometrów stąd. Jednak jestem już dużą dziewczynką i wiem, że to nie świąteczne bibeloty, wyczekiwane prezenty są magią tych dni. To moi bliscy, za którymi tęsknię każdego dnia; z którymi mogę się spotkać i dzielić ten wyjątkowy czas. Dlatego teraz z radością idę piec ciasto z Mamą, a Wam przesyłam garść pozytywnej, świątecznej energii. Niech magia trwa. Czasem wystarczy tylko pomyśleć życzenie...





Kocham ciasto drożdżowe! :D






Wysyłacie kartki świąteczne? To piękny zwyczaj, który mam zamiar podtrzymać w mojej rodzinie.









Mój prezent mikołajkowy. Uwielbiam ten sweter!

Lektury świąteczne wybrane i w drogę! ;)

Zaczarowanych Świąt! ;*

Szarlotka

Szarlotka

Z moim gotowaniem jest ciężka sprawa... Są dni, kiedy sprawia mi to ogromną przyjemność, ale są również takie, gdzie ciężko mnie zmobilizować do czegoś bardziej wyrafinowanego niż płatki zalane mlekiem i podgrzane w mikrofali. Ostatnio moim jedynym, kulinarnym zadaniem było przygotowanie kuskusu do obiadu. Wyszło marnie, nawet bardzo, ale nauczyłam się dwóch rzeczy. Po pierwsze, przygotuj kuskus to nie to samo, co ugotuj, bo kuskusu się nie gotuje. Po drugie, ratując sytuacje po ugotowaniu, nie próbujcie przecedzić go przez durszlak... Na szczęście obowiązek wyżywienia mojej dwuosobowej rodziny nie spoczywa tylko na moich, wątłych barkach. 

Ale spokojnie, nie zawsze jest tak fatalnie. ;) Miłość do jedzenia zmusiła mnie do wypróbowania kilku ciekawych przepisów. I dziś już wiem, że uwielbiam wyrabiać ciasto drożdżowe, robię całkiem smaczne ciasto marchewkowe, krem z dyni i zupę cebulową. Z pięciu potraw, trzy powinny wyjść dobre. ;)

Moje eksperymenty w kuchni zależą w dużej mierze od ilości wypitej kawy, a co za tym idzie pokładów energii, od pomysłu na nowy smak, ale najbardziej od mojego apetytu. Jestem okropnym łakomczuchem! ;) 

Kiedy przychodzi czas jesienno-zimowy, rozpoczynam sezon na przeróżne wypieki, aby moje kolejne przyrzeczenia, że od jutra zaczynam ćwiczyć miały rację bytu. I tak, idąc za ciosem bożonarodzeniowych przygotowań, postanowiłam upiec szarlotkę - taką na kruchym cieście, z jabłuszkami z cynamonem, oprószoną cukrem pudrem...

Najczęściej sięgam po przepisy mojej Mamy, bo wiem, że są sprawdzone. Mama zawsze wszystko ładnie wytłumaczy i w ten sposób mam odrobinę maminych smaków tu, w Olsztynie. :) Jednak nie bronię się przed wypróbowaniem internetowych potraw. Podobnie było tym razem. 

Często korzystam z przepisów ze strony Kwestia Smaku. Przepis na szarlotkę, którą naprawdę (!) sama upiekłam możecie znaleźć tu. Troszeczkę zrobiłam ją po swojemu, ale o tym poniżej.

Ciasto:
  • 3 szklanki mąki;
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia;
  • 1 szklanka drobnego cukru;
  • 1 cukier waniliowy;
  • 250 g zimnego masła;
  • 4 jajka.


No to zaczynamy. Przesiewamy mąkę, najlepiej razem z proszkiem do pieczenia. Dodajemy 3/4 szklanki cukru, cukier waniliowy oraz posiekane masło. Dodajemy 3 żółtka i jedno całe jajko. Zagniatamy ciasto, dzielimy na dwie równe części, owijamy folią i wkładamy do lodówki na godzinkę.  




Teraz jest idealny czas na przygotowanie jabłek. Będzie nam potrzebne ok. 2 kg owoców, które obieramy, kroimy, dodajemy trochę cukru (ja wykorzystałam cukier brązowy), oprószamy cynamonem i podsmażamy. Możecie dodać również cukier waniliowy.



Gdy ciasto jest już odpowiednio schłodzone, to zabieramy się za pierwszą warstwę. W oryginalnym przepisie należało ciasto rozwałkować na pergaminie. Ja jestem zwolenniczką potraktowania kruchego ciasta tarką. Po wyłożeniu pierwszej warstwy, wstawiamy do lodówki.



Teraz zabieramy się za pianę. Do białek dodajemy szczyptę soli i zaczynamy ubijać. Następnie dodajemy stopniowo resztę cukru (1/4 szklanki).


Wyjmujemy ciasto, wykładamy na pierwszą warstwę jabłka, potem pianę i  drugą część ciasta.


Piekarnik nagrzewamy do 175 stopni  i pieczemy przez ok. godzinę.

Na koniec warto posypać ciasto cukrem pudrem. Mnie zawsze przywodzi na myśl wspomnienia z dzieciństwa. Gorzej, gdy z zachłanności zakrztusisz się białym proszkiem. Zawsze możesz też przykryć nim przypalone brzegi, zanim ktoś się zorientuje... ;)

Smacznego! :)








Warmiński Jarmark Świąteczny 2014

Warmiński Jarmark Świąteczny 2014

Za co kocham Olsztyn? Za moje wymarzone, wyczekiwane cztery kąty, za pracę, którą uwielbiam i od niedawna za Jarmark Świąteczny. Raz w roku jest kilka takich dni, bardzo mroźnych i grudniowych (no dobrze, w tym roku akurat trochę deszczowych), podczas których mieszkańcy Olsztyna spotkają się na naszej niewielkiej starówce i wspólnie cieszą się z nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia. Jest w tym coś magicznego. Gdy stoi się w tłumie ludzi, w oczy zaglądają migoczące światełka, mroźne powietrze przeszywa nas na wskroś, a w tle słychać kolędy, śpiewane przez dorosłych i dzieci - to wiem, że to jest moje miejsce. 


W tym roku tak się złożyło, że jarmarkowa sobota była dla mnie sobotą pracującą. Jednak duch świąteczny mnie nie opuszcza, ponieważ tego dnia moje miejsce pracy zostało przeniesione na olsztyńską starówkę. :) I za sprawą tak szczęśliwego zrządzenia losu, połączyłam pracę z przyjemnością. 




Pierwszego dnia wybraliśmy się do centrum, aby obejrzeć lodowe rzeźby, które co roku są jedną z głównych atrakcji Warmińskiego Jarmarku Świątecznego. Niestety akurat ten dzień był bardzo nieprzyjemny i deszczowy, więc musiałam się natrudzić, aby nie wylądować obok lodowych skrzatów i nie stać się kolejną atrakcją dla zwiedzających. :P 




Spacerując kamiennymi uliczkami, można było również odwiedzić liczne stragany z przeróżnymi, świątecznymi skarbami: były tradycyjne ozdoby, rękodzieło, smakołyki oraz grzańce (ich zapach, niczym jesienna mgła, osiadał na starych, olsztyńskich kamienicach).



Drugi dzień (w tym roku odwiedziłam WJŚ dwukrotnie) był dniem pracującym. Jednak spędziłam go w tak cudowny sposób, że ciężko nazwać to pracą. Co robiłam? Czytałam świąteczne opowieści, robiłam bożonarodzeniowe kartki, piłam pyszną kawę i jak ktoś uważnie oglądał świąteczne wydanie TVP Olsztyn to wie, że podpowiadałam, jaką książkę wybrać na prezent...









Cieszę się, że w Olsztynie, w tym przedświątecznym szale są takie dni, w których możemy zatrzymać się choć na chwilę. Czasami w pogoni za idealnymi prezentami, układaniem bożonarodzeniowego menu i obowiązkową wizytą u fryzjera, ucieka nam to, co istotne. To cud życia, dar miłości i wiara, że nasze marzenia się spełnią...
Copyright © 2016 Do utraty tchu. Uważniej , Blogger