O pasji, podróżowaniu i blogowaniu z Asią i Adamem Dzielickimi | Nowy numer "Blogostrefy" już w sprzedaży!

O pasji, podróżowaniu i blogowaniu z Asią i Adamem Dzielickimi | Nowy numer "Blogostrefy" już w sprzedaży!

do utraty tchu blog

Pasja. Tak się ułożyć w codzienności, aby znaleźć na nią miejsce. A może inaczej - pielęgnować ją w sobie. Dla równowagi, dla radości ze zwyczajności i tego, co wypełnia naszą dobę. 


Staram się ze wszystkich sił odnajdywać w pracy przyjemność. Pewnie, że nie zawsze wychodzi. Jak to w życiu. 😏 Nie muszę jednak przekonywać Was, że jeśli czymś jaramy się tak na maxa, to z większą łatwością nam się tym zająć. Nawet jeśli jest to obowiązek. Jeszcze lepiej, gdy potrafimy pasję przekuć na to, co faktycznie stanowi o naszym bycie.


Tak było z Asią i Adamem, którzy tuż po ślubie wyruszyli w autostopową podróż. 1112 dni - tyle dokładnie byli poza granicami Polski.


Na nowej drodze życia - historia Asi i Adama Dzielickich


1 września 2014, po roku intensywnych przygotowań, poprzedzonych wspólnym podróżowaniem autostopem po Europie, wzięliśmy nasze plecaki i ruszyliśmy na Wschód. Nie uciekaliśmy przed niczym, nic nie rzucaliśmy. Chcieliśmy tylko spełnić marzenie o dalekiej i dłuższej niż poprzednie podróży. Chcieliśmy doświadczyć największej przygody naszego życia, poznać ludzi mieszkających w innych krajach, zobaczyć, jak żyją, jaką mają kulturę i tradycję, doświadczyć choć trochę ich życia, często tak różnego od tego, które znaliśmy. Chcieliśmy być ze sobą, stworzyć wspólnie historię, której nikt i nic nam nie zabierze. Chcieliśmy uczyć się miłości do drugiego człowieka, zaufania, otwartości, gościnności, szacunku, bezinteresowności, choć nie mieliśmy pojęcia, że lekcja, którą odbierzemy, będzie jedną z lepszych i wartościowszych w naszym życiu.
[źródło: blog Asi i Adama - www.nanowejdrodzezycia.pl]

Z Asią poznałyśmy się jeszcze na studiach w Olsztynie, dlatego gdy dotarła do mnie informacja o podróży z wypiekami na twarzy śledziłam ich drogę. Kibicowałam w pokonywaniu kolejnych dystansów. Ze wzruszeniem czytałam historie napotkanych ludzi. Z zachwytem przeglądałam zdjęcia zamieszczane na portalach społecznościowych. Nie byłam w tym osamotniona. Fanpage Asi Adama śledzi ponad 23 tys. osób!


do utraty tchu blog

Dziś para jest już w Polsce. Co więcej, SAMI wydali książkę! 😍 Oczywiście - już ją mam! 😄 To spore tomiszcze stanowi pierwszą część wspomnień z autostopowej przygody. Biorąc pod uwagę, że autorzy trud wydania wzięli na siebie, nie sposób przejść obojętnie obok niezwykłej staranności. W środku można znaleźć autorskie, ilustrowane mapy, masę pięknych zdjęć i historie, których czytanie niejednokrotnie wzrusza, bawi i zadziwia.


To, czego dokonała ta dwójka to spełnienie marzeń, ale nie tylko ich. Dzięki relacji zamieszczanej na blogu i w mediach społecznościowych, mogliśmy wspiąć się na szczyt i oddychać rześkim, himalajskim powietrzem, czy zasmakować soczystych granatów w Indiach. Dlatego chyba nikogo nie zdziwiła decyzja o spisaniu opowieści z podróży - to wspomnienia, które zostają w ich pamięci, ale również nieoceniona pomoc dla każdego, kto chciałby podążyć tą samą drogą.


do utraty tchu blog

O pasji, podróżowaniu i książce w nowym numerze "Blogostrefy" 

Nie mogłam odmówić sobie przyjemności i przepytałam Asię i Adama. O podróży, o ludziach na drodze i książce przeczytacie w najnowszym numerze "Blogostrefy", który w tym tygodniu ujrzał światło dzienne. Długo kazaliśmy Wam czekać na nowy numer. Jednak to, co w środku rekompensuje czas oczekiwania. 😉


do utraty tchu blog

SZÓSTY NUMER "BLOGOSTREFY":

  • |ARTYKUŁ NUMERU| Disqus - prawdziwa interakcja z czytelnikiem
  • Znajomość w Internecie. Czy warto zawierać blogowe znajomości?
  • W moim magicznym domku. Jestem interaktywna - wywiad z Olą Gościniak [wolny dostep na stronie internetowej magazynu]
  • O kulturze w korespondencji elektronicznej
A oprócz tego: mnóstwo inspiracji blogowych, niezbędnik blogera, porady, wartościowe treści i spora dawka motywacji. 💪




Postanowiliśmy również, że ten numer pojawi się tylko w wersji elektronicznej. 🤳 Dziś wciąż ścigamy się z codziennością. Dlatego, gdy ktoś znajdziecie chwilkę, wystarczy, że sięgnie po telefon/laptopa/tableta [niepotrzebne skreślić] i będzie mógł oddać się lekturze najnowszego numeru magazynu. 😎


🔊 Nowy numer "Blogostrefy" możecie zakupić w 👉 naszym sklepie.


To co - do przeczytania?


Co mi 2019 dasz? | One Little Word

Co mi 2019 dasz? | One Little Word



W 2019 rok weszłam w ciszy. To takie milczenie z tych dobrych, kojących. Nie było żadnego podsumowania, planów na nadchodzące miesiące. Było wygodnie. Pod koniec grudnia miałam poczucie, że złapałam balans i jedynym, co postanowiłam to, że będę się go kurczowo trzymać. 


Trochę mnie jednak znacie. Przynajmniej ci, którzy są tu ze mną dłużej - lubię planować. Bardzo. Tylko, że codzienność z dzieckiem u boku i pracą na etacie nauczyło mnie, że jedyną pewnością jest zmienna. Musiałam dość szybko pojąć, że jedynym wyjściem jest umiejętność reagowania na to, co rzuci mi dzień. I wykorzystanie każdej chwili na maxa. Albo ewentualne olewanie i nie robienie nic. Albo robienie tylko tego, co było bezwzględnie potrzebne do przetrwania. 


Podsumowanie bez podsumowania

I choć nie planowałam, nie robiłam sobie żadnego rachunku sumienia, to jednak pod koniec roku coś mi tam w głowie kiełkowało. Tylko wciąż było nieokreślone. Ostatnie dwanaście miesięcy to był taki mały kryzys. W blogowaniu. W relacjach. W byciu sobą. Kilka kwestii musiałam przetrawić, nazwać po imieniu. Wymiksowałam się z niektórych spraw, które gniotły w środku. Wycofałam się z uwierających więzi, odpuściłam projekty i zaczęłam odgrzebywać asertywność, która drzemała gdzieś na dnie, przyciśnięta ambicją i przekonaniem, że dam radę. 

W grudniu oddychałam już lekko. Czułam się fair wobec siebie i tych, na których mi zależy. Bo wiecie, nie ma co ukrywać - dla mnie to, co w sercu zawsze będzie najważniejsze. Owszem praca jest dla mnie niezwykle istotna. Uwielbiam zadania, w których mogę rozwinąć skrzydła. Sięgnąć po coś, co wcześniej nie było w moim zasięgu. Jednak ostatnie miesiące wyraźnie uzmysłowiły mi, że to nie nowe stanowisko, kolejny wywiad, zaproszenie do telewizji sprawiają, że uśmiecham się na myśl o mijającym roku. To Ona. I On. Nie jest między nami idealnie, nigdy nie było. Kłócimy się, krzyczymy, tupiemy nogami. Ale każdego dnia pracujemy nad tym, co nas łączy. O to chyba w tym wszystkim chodzi. 




do utraty tchu blog

Planowanie bez planowania

W 2018 rok weszłam pełna entuzjazmu do planowania, tworzenia list, coraz bardziej lubiłam prowadzenie swojego bujo, o którym kilka razy pisałam, np. tu 👇:



Jednak z każdym kolejnym miesiącem ubiegłego roku mój zapał gasł jak wypalająca się zapałka. Gdy w połowie roku objęłam nowe stanowisko zupełnie odeszłam do planowania w bullet journal. To się po prostu u mnie nie sprawdziło. W obecnej pracy moje plany obejmują cały rok. Muszę mieć w każdej chwili dostęp do całego roku z miejscem na notatki. Spójrzmy na to racjonalnie - przy dwulatce i pracy na etacie, nie mogłam pozwolić sobie na luksus, aby wieczorami tworzyć rozpiski miesięcy na cały rok. Dlatego przerzuciłam się na gotowca.


do utraty tchu blog


Co teraz? 

W ten sposób jakoś tak wyszło, że podsumowałam ubiegły rok. I nawet wyciągnęłam pewne wnioski i chyba wiem, czego chcę, a co zupełnie mi nie leży. Nie będę się tu o tym rozpisywać. Wątpię, aby Was to interesowało. Jedyne, o czym chcę jeszcze wspomnieć to blog, to jak go widzę i co z nim dalej. 


2018 r. był dziwny pod względem blogowym. Niby pisałam, niby lubiłam to, aby później wycofać się na jakiś czas. Pogubiłam się, aby wrócić na innych zasadach. Chciałabym, aby to miejsce nadal tu sobie było, ale bez spiny i przymusu. Może się zdarzyć tak, że wpisy będą pojawiać się rzadziej, ale chciałabym, aby były one pisane z przekonaniem, szczerze i naturalnie. Nigdy nie czułam się dobrze w butach eksperta i nie chcę podążać tą drogą. Nie znajdziecie tu tekstów, w których będę Wam pisać jak żyć. Przecież nie tak miało być. 


Co mi 2019 dasz?

Słyszeliście kiedyś o One Little Word? Ja też nie. Do pewnego czasu, aż trafiłam na nie u Kasi z Worqshop. To projekt/inicjatywa/filozofia wymyślona przez Ali Edwards, która polega na wybraniu słówka przewodniego na dany rok. Ta mała zbitka literek ma towarzyszyć nam przez kolejne dwanaście miesięcy, ma czarować codzienność, a nasze działanie ma być nakierowane na te konkretne słowo i przesłanie, jakie za sobą niesie.


Nie byłam do tego przekonana. Do momentu, gdy czytając wpis Kasi o jej planach na nowy rok. Zupełnie przypadkiem do mojej głowy wprosiło się słówko, które tak domaga się uwagi, że już wiem. Ten rok zaczynam ze słowem FLOW*


do utraty tchu blog


Chcę, aby 2019 rok był czasem, kiedy znowu poczuję flow. Chcę zatracić się w tym, co robię, czego się podejmę. Nie chcę już tylko pisać o życiu tu i teraz, o cieszeniu się tym, co blisko. Chcę w końcu tak żyć. Do utraty tchu. 

Tego życzę i Wam. ❤



*FLOW | Przypływ - koncepcja psychologiczna, której autorem jest węgierski profesor Mihalyi Csikszentmihalyi. Oznacza ona takie doświadczenie, podczas którego uwaga jest maksymalnie skoncentrowana na konkretnym działaniu. Podczas wykonywania czynności osoba jest nią pochłonięta do tego stopnia, że nic innego się dla niej nie liczy. Myśli skupione są jedynie na tym, co robi. Stan przepływu to bardzo pozytywne doświadczenie, ponieważ daje ono dużą satysfakcję i zadowolenie. Tym różni się od doświadczeń czysto przyjemnych, że osoba będąca w tym stanie nie ma poczucia straconego czasu, a dana czynność rozwija ją intelektualnie bądź fizycznie. [źródło]

#UWAŻNIEJ | grudzień 2018

#UWAŻNIEJ | grudzień 2018

do utraty tchu blog

Pierwszy dzień nowego roku. Za moment, a może już, zaczniemy snuć palny na kolejne tygodnie, będziemy wyglądać wiosny, wystawiać buzie do słońca i chwytać codzienność zachłannie. Jednak jest jeszcze dziś, niespieszne, ukołysane zmęczeniem wczorajszej nocy, nie chcę się nigdzie spieszyć. Ani dziś, ani jutro. Tak sobie myślę, że to dobry moment, aby opowiedzieć Wam o moim grudniu i zapytać co u Was, tak po prostu. 


Wczoraj nie trudziłam się nad idealną kreską, nie wciskałam się w ekstra kieckę, a mimo to czułam się wystrzałowo. Bez makijażu, w dresach, otulona kocem z Lisią, którą nagle dopadła gorączka. Wczoraj odśpiewałam dziesiąty raz Kółko graniaste, byłam starym niedźwiedziem, który mocno śpi, czytałam nieco dłużej książki do snu i ściskałam wdzięczność w garści. To był dobry czas, choć chwilami cholernie trudny.


do utraty tchu blog


CZUJĘ SIĘ wyspana na maxa! Nie pamiętam, abym od prawie trzech lat tak długo spała, jak przez ostatnie dni. Moje dziecię postanowiło być łaskawe dla nas na koniec roku i potrafiliśmy budzić się dopiero o 9. Gdyby ktoś 4 lata temu powiedział mi, że luksusem będzie dla mnie sen do takiej marnej godziny, jaką jest 9 rano, to śmiałabym się w głos. Dziś jednak wiem, że przy maluchu to jest szaleństwo. Istne szaleństwo! 😄


LUBIĘ słuchać Lilki. Jeju, jak ona nawija ostatnio! Mówienie idzie jej pięknie, a my z rozkoszą obserwujemy ten jej szczebiot. Dziś wyraźnie widzę efekty wspólnego czytania książek. Tak, wiem, że pewnie przyszedł TEN moment i moje dziecko po prostu zaczęło mówić. Ale! ☝ W grudniu trochę nam się pochorowało, siedziałyśmy w domu i wertowałyśmy wszystkie części Pucia. Jeśli jeszcze nie znacie tej serii, to nadrabiajcie, drodzy rodzice! Dawno temu pisałam o pierwszej części, o tu 👇:


Przez tydzień ćwiczeń, które zawarte są w Puciowej serii, z każdym dniem dostrzegałam, jak wielki postęp robi Lila w porozumiewaniu się. Ten nowy rok witamy z rozgadaną dziewczynką, która zadaje mi takie pytania, że czasami muszę zbierać szczękę z podłogi, bo naprawdę nie wiem skąd ona to wie. 😱😅



PRACUJĘ, a w sumie pracowałam w grudniu niewiele. Oczywiście, oprócz tej pracy etatowej. Ostatni miesiąc w roku to był taki porządny oddech dla mnie od wielu spraw. W końcu mogłam wykorzystać sporą część urlopu i po prostu pobyć w domu. Nie było mnie na blogu za wiele, ale ci, którzy są ze mną na Facebooku lub Instagramie wiedzą, że w tym czasie kręciłam vlogmasy - filmikowe wspomnienia z naszych przygotowań do świąt. Możesz je zobaczyć tu 👇:


Ten spokojniejszy czas wykorzystałam na totalne wietrzenie głowy. Coś tam się kluje, z czymś się uporałam, a coś wciąż tkwi nieokreślone. Jednak o tym może innym razem.

CZYTAM ostatnio stosami Lilusiowe książki. Pierwsze dwie części wspomnianego Pucia tak mnie wymęczyły, że Mikołaj podarował nam trzecią część, a ostatnią wypożyczyłyśmy sobie z biblioteki. Swoją drogą, co dwa tygodnie odwiedzamy naszą osiedlową bibliotekę i przynosimy do domu torbę wypchaną nowymi książkami. Moja dziewczynka stara się być cierpliwa, coraz dłużej potrafi skupić uwagę, ale i tak, gdy jakaś pozycja przypadnie jej szczególnie do gustu, to walczy o nią jak lwica (znaczy to tyle, że wyrywa i stanowczo oznajmia, że ONA CZYTA). 


Dla mnie ostatnie tygodnie czytelniczo były dość oporne, a to wszystko przez książkę, która jednocześnie jest dla mnie odkryciem i przekleństwem. Mowa tu o Dziewczynach z Wołynia. To jedna z ważniejszych pozycji, które miałam okazję czytać. Jest to książka, która nie dawała mi spokoju przez dłuższy czas, która boli, uwiera, chce się przy niej krzyczeć i płakać, ale i trochę pomilczeć. Czy warto? Z pewnością, a nawet powinno.



OGLĄDAM niewiele, tak jak niewiele czytałam. Mam wielką nadzieję, że w styczniu popracuję nad tą sferą relaksu. 😎😁 Jednak jest coś, o czym koniecznie muszę wspomnieć. To film A star is born, czyli Narodziny gwiazdy z Bradleyem Cooperem i Lady Gagą. O ścieżce dźwiękowej pisałam przy okazji poprzedniego wpisu z serii #UWAŻNIEJ, ale w grudniu udało nam się zobaczyć film. O ludzie, to jest tak wspaniała historia z przepiękną muzyką. No, miód! Ale spłakałam się przy tym filmie niemiłosiernie. 



CHCIAŁABYM ruszyć tyłek. No ba, dlaczego miałabym być inna?! 😆 Jak każdy, to każdy! Tak na poważnie, to trochę mi uwiera te dodatkowe 5 kg, w które opatuliłam swój zadek po odstawieniu Lilki od piersi. Piszę o tym po to, abyście mogli mi wytknąć za miesiąc, że hej, chyba Ci się przytyło! Przestań wyżerać biednemu dzieciakowi te bożonarodzeniowe paczki! To co, umowa? Mogę na Was liczyć? 😜😀


JESTEM WDZIĘCZNA za spokój, którym obdarował mnie grudzień. Za te niespieszne i zupełnie na luzie przygotowania. Za rodziców i teściową, którzy przyjechali do nas ze świąteczną wałówką i postarali się, abyśmy z Lisią nie były same, gdy mój mąż musiał pracować w wigilijną noc. Za wyspanie się. Za noworoczny rosół i za to, że pierwsze popołudnie w nowym roku spędziliśmy z przyjaciółmi. 


➖➖➖➖➖➖➖➖➖➖➖➖
Jestem pewna, że ten 2019 rok nas wielokrotnie czymś zaskoczy, może rozśmieszy, ukołysze miłością, a czasem zasmuci i zaboli. Jednak z uśmiechem przybijam mu piątkę, mam nadzieję, że Wy też. No dobra, to teraz Wasza kolej - jak święta, jak Sylwester, jakie plany, a może ich brak? (Ej, to też dobrze, czasami odpuszczanie to też wyzwanie. Znam to. 😉)


Noworoczne uściski!




Dynia zamiast piernika. Przepis na purée z dyni + VLOGMAS cz. 2

Dynia zamiast piernika. Przepis na purée z dyni + VLOGMAS cz. 2

do utraty tchu blog


Oj, wiem, wiem... Wiem, że grudzień, że święta, że Mikołaje i bombki, ale u mnie jakoś tak przekornie. Listopad miesza się z grudniem, dynie podpierają bożonarodzeniowe krasnale i tulą się do miliona światełek. Totalny miszmasz, ale dobrze mi w tym rozgardiaszu. Dlatego nawet nie zdziwiło mnie to, że zamiast piec ostatnio pierniki, zabrałam się w końcu za ogromną dynię, która do tej pory podpierała kuchenny kredens. 


Przez ostatnie lata po prostu mroziłam pokrojoną dynię, która później służyła mi jako dodatek do zup lub ciasta. Jednak nie lubię jej konsystencji po rozmrożeniu. 😏 A ostatni zakalec zupełnie mnie zniechęcił do takiego przechowywania dyni. Dlatego w tym roku postanowiłam zrobić purée i zawekować je w słoikach. 


Purée z dyni może posłużyć nam jako baza do zupy, sosu, past do chleba, ciasta lub innych dyniowych wypieków. Sposób przygotowania jest naprawdę prosty. Poniżej podaję szybką instrukcję. 👇

do utraty tchu blog

Purée z dyni

 

 Sposób przygotowania

Dynię przecięłam na pół i oczyściłam środek (umyte i osuszone pestki świetnie sprawdzą się jako przekąska na wieczorny seans filmowy).

Następnie obrałam skórkę, umyłam dynię i pokroiłam na mniejsze plasterki, które poukładałam na blaszce wyłożonej pergaminem. 

Dynię piekłam przez około 40 minut w piekarniku nagrzanym do 180०C. Upieczoną dynię zblendowałam i przełożyłam do słoików. 

Wekowanie. Słoiki ustawiłam w dużym garnku, napełniłam wodą i zagotowałam przez około 30 minut. Po wyjęciu słoików z garnka, ustawiałam je dnem do góry. 


 🌟🌟🌟


A na koniec zapraszam Was na nowego vlogmasa, w którym m.in. przygotowuję z Lilą wspomniane wyżej purée, dekorujemy mieszkanie na święta i trochę chorujemy.😏 Samo życie.




Do następnego!

 

Vlogmas #1

Vlogmas #1
do utraty tchu blog

Już jest! 🙆Widzieliście? Pierwszy tegoroczny vlogmas śmiga po kanale od 6 grudnia. 🎄🎅 A to taki mój Mikołajkowy prezent. 😎😁


Pierwsze dni grudnia to był niesamowicie rodzinny czas. Z trójką dzieciaków na pokładzie, z ciepłą kawą, tańcami w rytm świątecznej playlisty i marzeniami o prezentach, które być może wylądują w tym roku pod choinką. Co prawda, ten stary nicpoń, Mikołaj tak się spieszył, że przytargał nam już choróbsko z antybiotykiem, ale powoli wychodzimy na prostą. 


Nie będę przedłużać - zapraszam Was do oglądania pierwszego vlogmasa z naszych przygotowań do Bożego Narodzenia. I choć jakość mogłaby być lepsza, na co wciąż narzeka mój mąż, to mnie najbardziej cieszy, że choć w niewielkim stopniu udało mi się złapać to, co ulotne - czas razem, który jest milion razy cenniejszy niż wszystkie wypasione prezenty razem wzięte. 





Do zobaczenia niebawem!



Przedświąteczne odliczanie | nasz kalendarz adwentowy

Przedświąteczne odliczanie | nasz kalendarz adwentowy

do utraty tchu blog


To już, prawda? Zaczynamy odliczanie do Bożego Narodzenia. Słuchajcie, umówmy się - nie ma żadnego marudzenia, kręcenia nosem, że jeszcze nieeee, że za wcześnie, że dajcie spokój. Oficjalnie zaczynamy cieszyć się tym niesamowitym czasem! 😁


Światełka, a właściwie milion światełek! Czerwień wymieszana z soczystą zielenią i złotem. Zapach cynamonu i pierników. Świąteczna playlista i to obezwładniające ciepło w busiu (jak mawia Lisia). Tak to widzę i takie wspomnienia chcę kolekcjonować w mojej głowie. Żadnej bieganiny, nerwowego i kompulsywnego kupowania prezentów, które cieszą tylko przez pierwsze pięć minut. Niech to będzie radosny i przede wszystkim wspólnie spędzony miesiąc.


do utraty tchu blog

Jeden taki miesiąc w roku

Mamy w zwyczaju narzekać na ten ckliwy, kiczowaty, słodko-pierdzący czas przedświąteczny, ale to przecież tylko jeden miesiąc w roku! Kiedy, jak nie teraz?! 


W ubiegłym roku Lili była jeszcze za mała. Nie rozumiała skąd są prezenty i dlaczego mama się złości, że drzewko ze świecidełkami wylądowało na podłodze, gdy chciała podprowadzić bombkę z drzewka. 🙈😂 O losie, naprawdę tak było! Nie pamiętałabym o tym, gdyby nie filmiki, które namiętnie kręciłam w grudniu i które skleiłam w jedną całość. Tak właśnie powstała ubiegłoroczna niespodzianka dla Was i mój pierwszy vlog


Ten grudzień zapowiada się uważniejszy, bardziej świadomy dla Lili. I chyba dla nas. Przeprowadziliśmy już kilka rozmów z najbliższymi na temat prezentów, więc przedświąteczna krzątanina to jedynie czas razem. Nasz czas. I tyle. Aż tyle. 


Wzbiłam się też na wyżyny swojej kreatywności oraz umiejętności plastycznych i wykonałam kalendarz adwentowy. Sama! Z niespodziankami i zadaniami dla nas na niektóre przedświąteczne dni. Zawiesiłam go 30 listopada późnym wieczorem, aby nasza dziewczynka miała niespodziankę z samego rana. Jej WOW! było tego warte. ❤😁


do utraty tchu blog

Nasz kalendarz adwentowy 

Do wykonania kalendarza wykorzystałam biały papier śniadaniowy, z którego powycinałam torebeczki. Ozdobiłam je biało-czerwoną wstążeczką oraz szarym papierem do pieczenia. Wszystko przymocowałam taśmą dwustronną. W środku wylądowały drobne słodkości i urocze karteczki, które znalazłam na blogu 123startdiy.


do utraty tchu blog



Całość zawiesiłam nad biurkiem - w miejscu, do którego Lilka nie ma łatwego dostępu, bo rozprawiłaby się z nim w 5 minut. 🙈  Co jeszcze mi się przydało? Sznurek i ozdobne spinacze świąteczne z Kika. I już! Pracy niewiele, a frajda na pełne 24 dni.


do utraty tchu blog


Niespodzianka!

Nasze pierwsze dni grudnia były mega! Mega wyczerpujące! 😂 Odwiedziła nas moja siostra z dwoma synkami. Trzy dni z trójką maluchów na pokładzie to spore przedsięwzięcie, ale tak na poważnie - myślałam, że będzie gorzej. Po kilku godzinach miałam wrażenie, że ogłuchłam, ale to chyba kwestia przyzwyczajenia. 😆


Właśnie w ten weekend postanowiłam przypomnieć sobie ubiegłoroczny vlogmas i byłam zachwycona, że znów mogłam teleportować się 12 miesięcy wstecz, zobaczyć te nasze przedświąteczne przygotowania i znów widzieć maleńką, półtoraroczną Lilkę. To nic, że ten filmik był taki nieogarnięty, z marnym montażem. I choć ja nadal nie sprawdzam się jako vlogerka, sprzęt wciąż jest ten sam, to jednak w tym roku też będą bożonarodzeniowe vlogi. Tak, vlogi, bo mam nadzieję, że uda mi się zmontować ich więcej. To niesamowita pamiątka i taki jest zamysł kręcenia tych filmów. Mam nadzieję, że spodoba się Wam taki nieco inny kontakt.


do utraty tchu blog



To co, zostaniecie z nami?! Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła pokazać nasze pierwsze dni grudnia. A Wy dajcie znać poniżej, czy cieszą Was te przedświąteczne tygodnie, czy może jednak nie - jesteście team świątecznych chochlików czy team Grinch? 😀


Do zobaczenia! 




Historia pewnego stołu

Historia pewnego stołu

do utraty tchu blog


Bardzo dobrze pamiętam ten dzień. Było ciepło, ale nie gorąco. Może wiosna lub wczesne lato... Do pokonania pieszo mieliśmy sporą odległość od przystanku autobusowego do naszego mieszkania, które aktualnie wynajmowaliśmy. Uwielbiałam je - jak na kawalerkę miało metraż, którym nie powstydziłoby się dwupokojowe lokum. Spory balkon i tylko my. Bez żadnego upierdliwego lokatora, rozsiewającego wątpliwy zapach i z pająkiem w terrarium. Sami. To był taki dobry czas.


Nasza stancja pełna była przedmiotów. Każdy z innej parafii, ale żaden nie nasz. Dlatego z wielką radością podjęliśmy się pierwszego wspólnego zakupu. To był stół, drewniany, stylizowany na antyczny. Okropnie ciężki. Tego wspaniałego, ciepłego popołudnia dźwigaliśmy swój drewniany stół z autobusu do mieszkania. Jeszcze nie własnego, ale już wypełnionego miłością po brzegi.


do utraty tchu blog


Za ciężki i toporny na stolik kawowy, za niski na stół jadalniany. Ława, tak pewnie nazwałaby go moja mama. Jest z nami od ponad 6 lat. Wylądował w naszym mieszkaniu bez żadnych dyskusji. To było oczywiste. Może mniej oczywiste było moje późniejsze upodobanie do jasnych wnętrz. 😏😂


Początkowo stół był z ciemnego drewna, z ozdobnymi wcięciami na nogach. Z czasem jednak postanowiliśmy go odnowić i tak dwa lata temu podjęliśmy się jego renowacji, której efekty mogliście zobaczyć w tym wpisie.


do utraty tchu blog


Ostatnio, gdy remontowaliśmy nasze mieszkanie i na nowo ustawialiśmy meble w pokoju, zastanawiałam się nad wymianą stolika. Na coś lżejszego, mniejszego, może bardziej pasującego do reszty mieszkania. Zaczęłam czyścić nasz stary stół. Zaglądałam w sęki i łączenia desek, w których ukryła się farba po ostatniej malarskiej sesji Lisi. Muskałam palcami rysy na blacie, wydrapane kredkami. Przypomniałam sobie jak brzeg stołu stabilnie utrzymywał pulchny ciężar naszej córeczki, która niczym mały alpinista pięła się po nim do góry. A później usiedliśmy przy nim do kolacji. My jak zwykle na podłodze, bo na kanapie za wysoko, Lilka na swoim małym krzesełku. I wszystko było takie, jakie trzeba. 


Choć naszą przestrzeń wypełniają w większości nowe rzeczy, najbardziej lubię te z historią, których dotyk przypomina mi o ulotnych chwilach. Wspomnieniach, które niczym kurz osiadają na wszystkim wokół i tylko od czasu do czasu wzbijają się w górę, aby przypomnieć o toczącym się wciąż życiu. 


Ban za zwyczajność

Ban za zwyczajność

do utraty tchu blog


Dziś trzeba mieć twardy tyłek, aby mieć odwagę pisać szczerze. Pewnie, że hej, przecież ważna jest autentyczność i szczerość, że bloger to, że bloger tamto. No tak, od tego się zaczęło. Od blogowania, które zdecydowanie bardziej stawiało na spontaniczność, gdzie każdy wpis nie zaczynał się od porady jak zapolować na upragnioną makrelę w Lidlu, czy jak spać, aby się wyspać. 


Przegięliśmy i to bardzo. Pewnie, ja też! Przeglądając swoje ulubione miejsca w sieci z każdej strony dostrzegam zmęczenie social mediami i światem, który sami kreujemy. Nie tylko u siebie, ale i u innych. Musimy we wszystkim być na maxa. Nie pozwalamy sobie na wątpliwość, nie dajemy szansy na słabości, a już w ogóle nie ma mowy, aby o tym pisać lub mówić głośno. Nawet jeśli jakaś zbłąkana dusza postanowi, że dość, że chce tak i już, to w 5 sekund znajdzie się kilka osób, które uświadomią jej, że się myli. Że wcale tak nie myśli i tak nie czuje, bo oni wiedzą lepiej. A już na pewno inni mają gorzej, więc ciesz się tym, co masz i nie narzekaj.


do utraty tchu blog


Wyłącznie instafriendly

Wkurza mnie to, bardzo. Jestem tak samo za to odpowiedzialna. Kreujemy instagramowy świat, zamknięty na wystylizowanych zdjęciach, z motywacyjną gadką. W myśl filozofii samorozwoju, samoświadomości i samocośtamjeszcze. Nieładnie tak teraz to psuć. Mówić o tym, że to wszystko jest tak naprawdę bardzo trudne, że rzeczywistość wygląda nieco inaczej, a my jesteśmy po prostu zwyczajni. 


A zwyczajność jest ekstra! To normalne, że każdego dnia nie jemy na śniadanie pancakes, polanych syropem klonowym ze stertą oszronionych owoców. Nie mamy czasu każdego popołudnia przechadzać się po parku z kubkiem kawy na wynos, brodząc zamszowymi botkami w dywanie z liści (ok, na to fajnie mieć czas). Nie da się też mieć zawsze idealnie wysprzątanego mieszkania, aby zrobić fotkę z przytulnego miejsca, w sam raz na #CZASdlaSIEBIE. Szkoda mi, tak po ludzku mi szkoda, że to, co codzienne nie jest już instafriendly. 


Zapominamy, że tak naprawdę to, co pokazujemy to tylko bardzo maleńki fragment prawdziwego życia. Odpowiednio wykadrowany, oczyszczony z bałaganu, złych emocji, podrasowany odpowiednim światłem i podpisem. 


do utraty tchu blog


Bez ściemy

Kolorowe pokoiki ze stosem zabawek, porozrzucane książki w każdym kącie, wywieszone pranie, luz, spontan, zwyczajna praca, serial w dresie na kanapie. To tylko taki mały pagórek, za którym kryją się poważniejsze sprawy. Jeśli ktoś przyznaje się do porażki, opowiada o swoich słabościach, tęsknotach lub prostych marzeniach, nie banujmy go za to. Pozwólmy, aby świat był nieidealny, dajmy innym prawo żyć po swojemu. Nie wbijajmy sobie szpileczek ukrytych pod fałszywą chęcią "doradzenia". 


Fajnie jest pamiętać, że social media to w dużej mierze sztucznie nadmuchany świat. Pewnie, że ma wiele plusów i ja sama z niego czerpię garściami. Sprawił, że większą wagę przykładam do estetyki, staram się robić lepsze zdjęcia, uczę się podstaw marketingu i działania w sieci, dał mi kilka możliwości zasmakowania czegoś nowego. Jednak przede wszystkim chcę mieć świadomość, że po drugiej stronie jest człowiek, z krwi i kości, ze swoimi lepszymi i gorszymi dniami. 


Zasłaniamy się autentycznością, ale ona jest w porządku tylko wtedy, kiedy wszystko gra. Gdy coś zaczyna wymykać się nam z rąk, gdy przyznajemy się, że coś nie zaskoczyło - okazuje się, że jest to niewygodne, nie mieści się w ramy instaświata. Nazywajmy rzeczy po imieniu, mówmy wprost. Nie dajmy się zwariować i nie wciskajmy innym, że tylko mój sposób jest właściwy.


do utraty tchu blog


Nawet tym, którzy na co dzień doradzają i sypią kreatywnością jak z rękawa zdarzają się gorsze dni. To nie znaczy, że polegli na całej linii, że stracili na szczerości i nie warto czerpać od nich inspiracji. Właśnie to, że się przyznają do tej słabości stanowi o ich sile. Życie czasami tak się układa, że musimy przełknąć porażkę, wyciągnąć wnioski i postarać się posprzątać bałagan wokół.


Wierzę, że warto nad sobą pracować, że można prostymi krokami ułatwić codzienność. Jest wiele rzeczy, które sprawiają, że nasze życie staje się po prostu dobre. Trzeba tym się dzielić. Pewnie! Nie ukrywajmy tylko przy okazji zwyczajności, nie kreujmy świata wyłącznie ludzi pełnych pasji.


Mamy prawo do okazania zmęczenia, do gorszych dni, do niepowodzeń, do tęsknoty za tym, co było i nie wróci. Tak samo, jak mamy prawo do cieszenia się drobnostkami, do wdzięczności, do radości. Jedno drugiego nie wyklucza. To jest normalne, to jest zwyczajne. Bywa i później mija, więc jeśli ktoś za jakiś czas znów będzie w formie, nie wytykajmy mu, że miał gorszy moment.


Bardzo fajnie pisały o tym również inne blogerki. Zajrzyjcie do:
Te dwie wspomniane przeze mnie sytuacje to przecież tylko niewielki fragment, w sieci jest tego znacznie więcej.


Zwyczajność jest dobra

Dziś trzeba mieć twardy tyłek, aby mieć odwagę pisać szczerze. Jestem pewna jednak, że coraz więcej osób tę odwagę będzie miało. Blogosfera to fajni ludzie, tam na pewno są prawdziwe emocje i zwyczajne życie. Nie przeginajmy, nie musimy być albo ekstremalnie pozytywni, ani cholernie kontrowersyjni. Zazwyczaj jesteśmy zwyczajni. I to też jest dobre. 


Copyright © 2016 Do utraty tchu. Uważniej , Blogger