Idzie nowe | Piąty numer "Blogostrefy" już w sprzedaży. O zmianach na blogu i w magazynie

Idzie nowe | Piąty numer "Blogostrefy" już w sprzedaży. O zmianach na blogu i w magazynie

do utraty tchu blog


Przez wszystkie lata blogowania miałam pewien problem. Na dodatek problem z tym problemem polegał na tym, że nie zdawałam sobie sprawy, że go mam. 😉 Nie wiedziałam kto jest odbiorcą mojego bloga. Tak bardzo skupiłam się na tym, że chcę tworzyć własne miejsce w sieci, że nie zastanawiałam się do kogo tak naprawdę kieruję swoje posty. Wydawały mi się one na tyle uniwersalne, że mimo uszu puszczałam wszelkie uwagi znanych blogerów o grupie docelowej. 


To nie jest tak, że nie dbam o swoich czytelników. Wręcz przeciwnie - ogromnie cieszy mnie, że przez ten czas udało mi się tu zgromadzić tak wdzięczne grono odbiorców, którzy komentują, wspierają i dzielą się dobrym słowem. Jednak z każdym długoterminowym zajęciem bywa tak, że z czasem ono powszednieje. Dlatego bardzo ważne jest, aby znaleźć coś, co na nowo rozpędzi w działaniu. Ostatnio wielokrotnie pisałam Wam, że sporo się u mnie zmieniło. Nie tylko w trybie prowadzonego życia, ale przede wszystkim w głowie. Poukładałam sobie niektóre sprawy, dojrzałam do pewnych wniosków i dziś jest mi całkiem fajnie ze sobą. 😀 Nie zdziwi więc chyba nikogo fakt, że Do utraty tchu też przejdzie małą metamorfozę.



Dla kogo piszesz?

Odkąd zaczęłam pracę nad "Blogostrefą", magazynem dla influencerów więcej uwagi zaczęłam poświęcać kulisom blogowania. Zgłębiałam tajniki budowania swojej marki w sieci i wielokrotnie napotykałam teksty, które zwracały uwagę na znajomość użytkowników tworzonej przez nas strony. Wciąż mijałam się z tym tematem, uważając, że nie jest on dla mnie tak ważny. Ach, ja naiwna! 


Wiem, że mój blog rządzi się swoimi prawami i zawsze jest bardziej po mojemu. Piszę o tym to, co mi w duszy aktualnie gra i w sposób, jaki mi odpowiada. Pod tym względem pewnie nic się nie zmieni. Jednak wydaje mi się, że doszłam do takiego momentu, że muszę podjąć konkretne kroki. Jedną z nich jest stworzenie Profilu Idealnego Czytelnika mojego bloga


Czytając Wasze komentarze oraz wiadomości, które do mnie spływają coraz częściej dostrzegam, że moimi czytelnikami są kobiety, zbliżone do mnie wiekiem, niekiedy też sytuacją życiową. Są one zazwyczaj w okolicach 25 - 45 lat, starające się łączyć pracę z życiem rodzinnym, szukające pasji w codzienności. I tak sobie myślę, że pisząc z myślą o Was, dziewczyny będzie mi łatwiej wyłuskać taki temat, który okaże się dla Was interesujący, a może i pomocny. Nie zamykam drzwi bloga przed innymi - jeśli ktoś, kto nie wpisuje się w powyższe ramy będzie miał ochotę tu zaglądać, to świetnie! Będzie mi miło! 


Prawda jest taka, że pisząc dla wszystkich, nie piszę dla nikogo. Nie da się zadowolić każdego. Dlatego skupienie się na węższym gronie odbiorców sprawi, że każdy mój tekst będzie jak kawa z koleżanką. Od początku chciałam, aby Do utraty tchu było przestrzenią na fajne rozmowy. Mam ogromną nadzieję, że tak nadal będzie! 😊




Nowy numer "Blogostrefy" już w sprzedaży!

Mój przydługi wstęp o zmianach nie jest bez powodu. 5 numer magazynu dla blogerów jest już w przedsprzedaży i trafi w Wasze ręce na przełomie lipca i sierpnia.


Cześć! ❤️ Miło nam ogłosić, że właśnie ruszyła sprzedaż 5 numeru BLOGOSTREFY! Link do sklepu znajdziecie w bio! Tym razem możecie zakupić czasopismo także w prenumeracie - wyjdzie taniej! O tym i innych zmianach pisaliśmy Wam w najnowszym wpisie na naszej stronie internetowej. :) Z dniem dzisiejszym rozpoczynamy także promocję tekstów blogostrefowych na naszym firmowym fanpage i tu na IG. Treści są rozłożone na oba kanały, więc nie będą się powielać. Jeżeli więc jesteście ciekawi, jakie treści pojawią się w 5 numerze - śledźcie oba nasze portale społecznościowe. 😍 5 numer trafi w Wasze ręce na przełomie lipiec/sierpień. 💪🏻 ________________________ #blogostrefa #blogowanie #blog #blogosfera #czasopismodlablogerów #czasopismo #magazyn #okładka #nowynumer #dzieńdobry #niespodzianka #bloger #influence
Post udostępniony przez Blogostrefa (@blogostrefa)

Przed rozpoczęciem promocji najnowszego wydania poinformowaliśmy o zmianach, które myślę, że będą z korzyścią zarówno dla Was, jak i dla zespołu redakcyjnego. W skrócie wygląda to tak. 👇


do utraty tchu blog


Po więcej informacji zapraszam Was na nasz portal. Tam znajdziecie rozwinięcie wszystkich powyższych punktów.



Co ode mnie?

W piątym numerze znajdziecie jeden artykuł mojego autorstwa, w którym postanowiłam poruszyć temat przeze mnie opisany na wstępie tego wpisu. Będzie on o grupie docelowej, a o pomoc w przygotowaniu poprosiłam Urszulę Phelep - autorkę bloga Szkoła Blogowania i założycielkę prężnie działającej grupy na Facebooku Blog Firma - grupa Urszuli Phelep. Jestem pewna, że rady przekazane przez Ulę będą inspirujące i motywujące do podjęcia konkretnych kroków dla każdego blogera, który (tak, jak ja) omijał temat Profilu Idealnego Czytelnika.


Oprócz mojego tekstu autorskiego, w nowym wydaniu "Blogostrefy" pojawią się również cztery artykuły zaproszonych przeze mnie blogerów:


  • Wygląd ma znaczenie - tekst Karoliny Gierdziejewskiej, autorki bloga Pasje Karoliny i Karografia. Karolina podzieli się swoją wiedzą na temat estetyki bloga;
  • Młodzi w teatrze - tekst Karoliny Purłan, autorki bloga Leśna Czytelnia. Czy kultura wysoka jest dla młodych? Przeczytacie o tym w najnowszym numerze. 
  • Jak dobrać krem? - pielęgnacja to mój konik, dlatego postanowiłam w tym numerze zaprosić do współpracy osobę, która jest dla mnie ekspertem w analizie rynku kosmetycznego i składu produktów, które ten rynek oferuje. Tekst napisała Martyna Gibzińska, autorka bloga Beat The Boredom.

Jeśli jesteście ciekawi, co jeszcze znajdziecie w najnowszym numerze czasopisma dla blogerów, zajrzyjcie na nasz fanpage oraz Instagram. Przeczytajcie również wpis u Dagmary | Socjopatka, która opowiada o swoim wkładzie w ten numer. A już niebawem głos zabierze Kasia (redaktor naczelna), Marzena, Kasia i Miłka, która niedawno dołączyła do naszego zespołu. 

➖➖➖➖➖➖➖➖➖➖
Najnowszy numer "Blogostrefy" można zamówić w przedsprzedaży TU.



Nauka odpuszczania

Nauka odpuszczania

do utraty tchu blog


Chcieć więcej. To normalne, nie od dziś wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jakiś czas temu sama wpadłam w tę chciwą pułapkę. Zaczęło się niewinnie - zostałam mamą, która w międzyczasie blogowała. Potem do tego doszło współtworzenie pierwszego polskiego czasopisma dla blogerów oraz praca na etacie. Obowiązków przybywało, tworzyłam listy to-do, ocierałam pot  z czoła (i tyłka) i wykreślałam kolejne zadania. Zapętliłam się. Tak bardzo chciałam wszystko zrobić na tip-top i koniecznie sama, że gdzieś po drodze zgubiłam całą przyjemność z tego, co robię i co stanowiło moją codzienność. 


Przez ostatni rok blogowania wpadałam w kilka dołków. Za każdym razem wychodziłam z przekonaniem, że z czymś kończę. Rzucałam w myślach blogowanie, magazyn. Tylko z Lilką jakoś rozstać mi się nie udało, choć czasami miałam ochotę wystrzelić się w kosmos. 😜😂 Dziś wydaje mi się, że odnalazłam spokój i chyba wiem, gdzie popełniałam błąd.


do utraty tchu blog


  • ODPUŚĆ
Te wszystkie dodatkowe zadania, jakie sobie narzuciłam nie były z przymusu. Jestem dorosła i zdawałam sobie sprawę, że zgoda na udział w jakimś projekcie to bonus w postaci nadprogramowych obowiązków. Ale też nabywanie nowych umiejętności, rozwijanie pasji i satysfakcja z pracy, którą się lubi. Dlatego też do dziś nie pożegnałam się z żadną z form mojej działalności w sieci.


Jednak taki nawał obowiązków sprawiał, że budziłam się i zasypiałam z myślą, co jeszcze powinnam zrobić. Okropnie mnie to stresowało i zupełnie pozbawiło umiejętności wyluzowania chociaż na chwilę. W okresach największego natężenia, gdy goniły mnie terminy byłam tak spięta, że wystarczyło jedno niewłaściwe słowo, spojrzenie, aby wyprowadzić mnie z równowagi.


A co ja robiłam? Zamiast się pieklić i przeklinać parszywy los, po prostu uciekałam. Znikałam na jakiś czas, skupiałam się na Lili i jej potrzebach, nie włączałam komputera, nie pisałam, oglądałam filmy lub seriale, czytałam, wyjeżdżałam do rodziców. Skupiałam się na pracy zawodowej, która jest bardzo ważnym elementem w funkcjonowaniu mojej rodziny.


Odpuszczałam działania w sieci. Na jakiś czas. Aby oczyścić się ze negatywnych myśli, przeanalizować i uporządkować to, co ważne.


  • NIE WSZYSTKO NA RAZ
 Najgorszą rzeczą, jaką w takich momentach robiłam było robienie wszystkiego. W konsekwencji wychodziło, że nie robię nic. Robota się piętrzyła, a ja nadal była w nieokreślonym miejscu.


Po każdym resecie zabierałam się za coś, co wydawało mi się najpilniejsze. Resztę odkładałam na później. Skupienie się na jednym zadaniu pozwoliło mi uporać się z poczuciem chaosu. Dopiero, gdy miałam chęci i czas przechodziłam do kolejnego punktu na liście to - do.


  • NIE MUSISZ
Bardzo długo walczyłam z przekonaniem, że muszę. Nie, wcale nie muszę robić wszystkiego. Nauczyłam się asertywności i po prostu odmawiam. Owszem, czasami może ominąć mnie coś fajnego, ale zdecydowanie ważniejszy jest mój komfort psychiczny, który siłą rzeczy przekłada się na spokój moich najbliższych.


do utraty tchu blog


➖➖➖➖➖➖➖➖➖
Jestem ambitna. Tak myślę. 😉 Doskonale zdaję sobie sprawę, że z jednej strony to dobra cecha, z drugiej zaś - przekleństwo. Przyznanie się przed samą sobą, że czegoś nie dam rady zrobić, że nie podołam wprawia mnie w ogromną frustrację. Wielokrotnie brałam na barki więcej, niż moja doba mogła pomieścić. A spójrzmy obiektywnie - zasoby każdego są ograniczone, a czas określony. Nie da się po prostu zrobić wszystkiego. Nie da się być mamą, pracować na etacie i jeszcze zajmować czołowe miejsce na listach blogowych. Jeśli ktoś sądzi inaczej, to poproszę o przepis!


Przekonałam się, że od czasu do czasu potrzebuję przerwy. Staram się wówczas zająć tylko tym, co naprawdę sprawia mi frajdę. Spędzam czas z rodziną, oddycham świeżym powietrzem, czytam, oglądam, tańczę, piję kawę. To nie jest infantylne. To normalne życie. Tu i teraz.



#mamawpracy | Rok w pracy po urlopie macierzyńskim

#mamawpracy | Rok w pracy po urlopie macierzyńskim

do utraty tchu blog


Mija rok od kiedy zakończył się mój urlop macierzyński i wróciłam do pracy na pełen etat. Wspomnienia z tamtego okresu są u mnie wciąż żywe - pamiętam ten mętlik w głowie, niepokój o Lilkę i lekki dreszczyk ekscytacji na to, co mnie czeka. Tak się składa, że choć wracałam na swoje stare stanowisko, to jednak było to zupełnie inne miejsce w nowym otoczeniu. Dziś znowu jestem na rozdrożu - od lipca rozpoczynam nowy etap na mojej pracowniczej ścieżce. Czuję się zdecydowanie spokojniejsza - o Lili, o swoje predyspozycje i umiejętności zarówno te organizacyjne, jak i zawodowe. Jednak ten stan to summa rocznych doświadczeń, prób i błędów, głębokich przemyśleń i zmian, które nastąpiły w mojej codzienności i głowie. 


Może Ty również stoisz przed wyzwaniem, jakim jest powrót do pracy po urlopie macierzyńskim, a może jesteś mamą już pracującą? Tak czy siak, z pewnością zrozumiesz moje wynurzenia! 😁


Rok w pracy po urlopie macierzyńskim  | Co się zmieniło?

 

do utraty tchu blog

 

Organizacja

Każdy rodzic wie, że dziecko z jednej strony porządkuje rozkład dnia, a z drugiej potrafi wprowadzić je na wyższy poziom chaosu. Większość zadań podporządkowujemy pod malucha, jego drzemki, godziny posiłków, aktualny stan ducha... 😜😁 Z czasem jest oczywiście tylko lepiej i im dziecko starsze, tym rodzicom łatwiej coś zaplanować. Dlatego, gdy zbliżała się godzina zero i wiedziałam, że najbliższe miesiące będę musiała mieć rozpisane co do godziny, zaczęłam prowadzić organizer. 

  •  PLANNER IDEALNY
Postawiłam na bullet journal, bo wydawał mi się elastyczny i mogłam w nim wszystko uporządkować zgodnie z naszymi potrzebami.  To tam tworzyłam miesięczną rozpiskę, na którą nanosiłam godziny pracy moje i męża. Tam też tworzyłam listę zadań, która wraz z powrotem do pracy bardzo się rozrosła. Zapisywanie tego, co należy zrobić ułatwia funkcjonowanie w rodzinie. 😉


Planowanie tak weszło mi w krew, że zaczęłam z wyprzedzeniem rozpisywać menu obiadowe, a co za tym idzie - mogłam bez problemu stworzyć listę zakupów i przekazać ją mężowi. Ta metoda sprawdza się u nas bezbłędnie. 


W chwili obecnej  moja praca zmusiła mnie do porzucenia bujo. Trochę za nim tęsknię, ale w pracy planuję z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem i musiałabym mieć stworzone rozpiski na cały rok kalendarzowy. Dlatego aktualnie korzystam z tradycyjnego kalendarza. Niemniej - według mnie planner to podstawa pracującej mamy. 😅


O moim bullet journalu przeczytasz też tu:

do utraty tchu blog


Rozwój

Nie chciałam być mamą, która zagubiła to, co dawniej było podstawą jej działania. Nie chciałam być też mamą, dla której dziecko było przyczyną licznych wyrzeczeń. Jednak odnalezienie tego złotego środka nie jest łatwe. Zresztą jak większość rzeczy w życiu. 😉 


Od początku było dla mnie jasne, że po roku wracam do pracy. Z przyczyn finansowych, ale i po trosze też dlatego, że chciałam pracować. Oczywiście miewałam chwile zawahania i gdybym miała odpowiednie zaplecze budżetowe pewnie zostałabym z Lilką w domu dłużej. Teraz widzę, że było to dla nas bardzo dobre. Moja córeczka bez problemu odnalazła się w żłobku i myślę, że jest to z korzyścią dla jej rozwoju. Lilka to samodzielna dwulatka, uwielbia dzieci i ciocie, z którymi spędza czas. Ma zapewnioną wspaniałą opiekę i zajęcia edukacyjne, których - przyznam szczerze - nawet się nie spodziewałam.

  • CHCIEĆ WIĘCEJ
Ponadto powrót do pracy to dla mnie ciągły rozwój i wychodzenie z wygodnej strefy, którą sobie stworzyłam. Mam poczucie, że odkąd zostałam mamą chce mi się więcej - stąd też decyzja o pracy nad pierwszym polskim czasopismem dla blogerów, o kulisach powstawania którego możecie przeczytać w moim wpisie gościnnym u Kasi z bloga Worqshop


Jest coś jeszcze, coś bardzo ważnego. Taka rozłąka dobrze wpływa na moje relacje z dzieckiem. Nie chodzi tu o zmęczenie macierzyństwem, o potrzebie odpoczynku. Mam na myśli dystans i świeżość, z jaką wracam do domu. Jakość wspólnie spędzonego czasu z rodziną zdecydowanie jest lepsza. Doceniam teraz każdą chwilę razem.


do utraty tchu blog


Priorytety

Nie będę jednak owijać w bawełnę, rzucać coachingowymi tekstami i przekonywać, że wszystko jest możliwe, że praca i dziecko to prosta sprawa do pogodzenia. Nie, tak nie jest. To sporo stresu, ciągła obawa przed infekcjami, które mogą popsuć nawet najlepszy plan. To ciągłe poczucie, że coś jest do zrobienia, do ogarnięcia.  

  •  PO PIERWSZE: DZIECKO
Mimo wszystko jestem zadowolona. Lilka mnie zmieniła. Po jej narodzinach wiele rzeczy poukładało mi się w głowie. Przede wszystkim jednak uporządkowałam to, co jest dla mnie ważne. Nauczyłam się asertywności, której brakowało mi, gdy byłam bezdzietna. Bez skrępowania stawiam Lili na pierwszym miejscu. W tym roku pierwszy raz będę miała normalny, dłuuuuugaśny urlop w wakacje! 💪💃😁 


👶 👶 👶

To normalne, że dziecko nieodwracalnie wpływa na nasze życie. Normalne jest też to, że to dziecko jest dla nas najważniejsze. Jednak zdaję sobie też sprawę, że wiele mam obawia się o swoją pozycję na rynku pracy. Czuje się mniej atrakcyjnym i wartościowym pracownikiem. Choroby, zwolnienia, nagłe zmiany planów. Tak, to wszystko może się przytrafić. Może być też tak, że będziesz mamą, która lubi swoją pracę, która potrafi się zorganizować, której asertywność i konsekwencja w działaniu nie odstraszy pracodawcy. Wręcz przeciwnie - może zostanie doceniona. 


Jako pracująca mama wiem, że dziecko może okazać się świetnym motywatorem i inspiracją. Bo chcesz pokazać, że możesz. Że potrafisz. Że dasz radę. Jeśli obierzesz dobrą strategię, przy pomocy odpowiedzialnego partnera, który będzie Cię wspierał w Twoich działaniach - możesz być aktywną, pracującą mamą. Jednak nie zapomnij o czymś - o wyrozumiałości dla siebie samej. Nie bądź swoim największym krytykiem, pozwól sobie na luz i odpoczynek. Nie musisz robić wszystko perfekcyjnie. Naucz się odpuszczać. 😉🙏


Mamo, trzymam za Ciebie kciuki! 


Od blogowania do vlogowania | Moje przygoda z YouTube'em

Od blogowania do vlogowania | Moje przygoda z YouTube'em

do utraty tchu blog


Doskonale pamiętam, gdy ponad dwa lata temu opublikowałam wpis o trzech ulubionych youtuberkach. Na początku tekstu wspomniałam, że choć coraz częściej słyszę prognozy, że blogowanie przeniesie się na YouTube'a, to ja nie widzę siebie przed kamerą. Dziś mam swój kanał, a na nim 7 filmów! Co więcej, zaczynam zauważać, że nagrywanie sprawia mi coraz więcej frajdy. 


Trochę czasu upłynęło i do mojej opublikowanej wówczas skromnej listy ulubionych videoblogerek, obecnie dodałabym jeszcze kilka kanałów. Nadal niezmiennie lubię Agnieszkę (Nieesia25) i Kasię (teraz publikującą filmy na kanale Francuski Piesek), ale oprócz nich namiętnie oglądam filmy Kasi (Worqshop), Agnieszki (LifeManagerka), Olgi (Make Happy Day) i Justyny (Flow Mum). 


Za co lubię dziewczyny? Za codzienność, za luz, za to, że pokazują, że można żyć fajnie - łączyć pasję z pracą. Tak to już chyba działa, że instynktownie wybieram kanały prowadzone przez osoby, z którymi mogłabym w rzeczywistości bez spiny wypić kawę. To właśnie dzięki nim postanowiłam wyjść ze swojej strefy komfortu i zmierzyć się z nową formą przekazu.

do utraty tchu blog

Moja przygoda z YouTube'em

Gdy pod koniec listopada wpadłam na pomysł, że zrobię niespodziankę Wam i nagram swój pierwszy vlog, nawet nie przypuszczałam, że ta moja przygoda z kamerą będzie miała ciąg dalszy. Chciałam jedynie pokazać się z innej, żywej strony. 😀 Prawda jest taka, że poprzez tekst możemy się wykreować na osobę, jaką chcemy, a z filmem jest nieco trudniej. Owszem, możemy przekłamać rzeczywistość, ale dajemy się też bardziej poznać. To ryzykowne zagranie, bo istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że wyobrażenie o nas rozminie się z faktycznym stanem rzeczy. A może okaże się, że w ten sposób przyciągniemy nowe grono odbiorców? Ja się odważyłam. Co zyskałam i co mną kierowało? O tym poniżej.


  • Wspomnienia. Nie ukrywam, że największą pobudką była ta osobista - chciałam w końcu uporządkować filmy, które nagrywałam. Oczywiście nie wszystkie znajdują się w opublikowanych. Jest masa nagrań, które pozostaną do wglądu tylko dla najbliższych. Niemniej vlogowanie to dla mnie kolekcjonowanie wspomnień. Z wielką radością wracam do tych początkowych, nieporadnych ujęć.

  • Nauka. Bardzo ważne jest dla mnie, aby to, co robię wpływało na jakość mojego życia. Ma mnie pobudzać do działania, rozwijać i sprawiać, abym chciała uczyć się nowych rzeczy. Nie widziałam siebie przed kamerą. Czułam skrępowanie, opór, bo wydawało mi się to trochę... durne! 🙈😂 Jednak oglądanie innych videoblogerów sprawiało mi przyjemność. Coraz częściej dopuszczałam do siebie myśl, że ja też tak mogę. Najpierw oswajałam się z taką formą przekazu na Instagramie poprzez krótkie, 24-godzinne filmiki na Insta Stories. Okazało się, że generują one fajną społeczność. Osoby, które były po drugiej stronie wchodziły ze mną w dyskusję i w ten sposób poznałam naprawdę ciekawych ludzi. Ponadto chciałabym również wykorzystać te moje nowe umiejętności (nagrywanie, pielęgnowanie w sobie poczucia estetki poprzez nagrywanie odpowiednich kadrów, montaż) w pracy zawodowej.

  • Zabawa. Kręcenie vlogów to dla mnie wielka frajda. Bawię się przy tym wyśmienicie, a przecież o to chodzi w blogowaniu. Jeśli któryś z moich filmów kogoś zainspiruje lub sprawi, że dobrze spędzi tych kilka minut - świetnie! Ponadto nie ma co ukrywać - dzięki vlogowaniu wybieram miłe dla oka miejsca, chce mi się więcej i motywuję się, aby spędzić aktywnie czas.

Na początku był blog i tak pewnie jeszcze zostanie. Filmy, które publikują traktuję jako uzupełnienie moich działań w sieci. To kolejny sposób na pobudzanie kreatywności w życiu codziennym. Jednak bez Waszych reakcji nie będę wiedziała, czy to ma sens. 😉 Dlatego będę wdzięczna za każdy głos, kciuk w górę, subskrypcję. Dajcie znać, czy odpowiada Wam ta moja nowa odsłona, czy może dać sobie z tym spokój. 🙊😀


Na zakończenie zapraszam Was na nowy vlog na moim kanale. 





Znajdziecie mnie tu:



#UWAŻNIEJ | maj - czerwiec 2018

#UWAŻNIEJ | maj - czerwiec 2018

do utraty tchu blog


Życie lubi zataczać krąg i u mnie chyba tak się właśnie dzieje. W ubiegłym roku na przełomie lipca i czerwca miałam mentalny kryzys i wówczas publikowałam łączony wpis z serii #UWAŻNIEJ. Dziś jest podobnie. Mam poczucie, że znów jestem w podobnym miejscu - na rozdrożu, a z mojej głowy wylewają się uszami wszystkie poplątane myśli. 


Jest prawie połowa czerwca, ale trochę mi szkoda było czekać aż do końca miesiąca i tyle milczeć. Dlatego dziś zapraszam Was na nieco pokręcony wpis. Zupełnie spontaniczny, pisany na gorąco. Dobrze, nie przedłużam. Rozsiądźcie się wygodnie, porozmawiamy o tym, co u nas. 😁



do utraty tchu blog



CZUJĘ SIĘ już dobrze. Choć jeszcze kilka dni temu płakałam z byle powodu. Fakt, że od zawsze mam oczy w mokrym miejscu nic tu nie tłumaczy. 😀 Maj i początek czerwca były dla mnie niesamowicie intensywne.  Frustracja spowodowana nadmiarem zadań do wykonania połączona z nierozciągalną dobą doprowadzała mnie do szału. I chyba gdzieś z tyłu głowy tliła się myśl, z którą oswajałam się od pewnego czasu. W obliczu tego wszystkiego zachowałam się jak każdy dorosły i odpowiedzialny człowiek - wzięłam wolne w pracy, spakowałam walizki i wyjechałam do Mamusi. 🙈😂

Dziś czuję się dobrze. Jestem spokojna.


Post udostępniony przez Aleksandra (@do_utraty_tchu)


CIESZĘ SIĘ, że mam swoje gniazdo, do którego wracam za każdym razem, gdy potrzebuję przerwy. Nie wiem czy u Was jest podobnie, ale w otoczeniu rodziny to, co wydaje się trudne do przeskoczenia, zaczyna jawić mi się w lepszych barwach.


PRACUJĘ. Mam poczucie, że bezustannie. Ciągle wisi mi z tyłu głowy myśl, że coś jest jeszcze do zrobienia. Jak nie praca na etacie, to coś powinnam napisać, zaplanować, wykonać i obrobić zdjęcia... O obowiązkach domowych nawet nie wspomnę. Takie ciągłe zamartwianie się, że coś jest do zrobienia może wykończyć! 🙈😶 Dlatego próbuję wdrożyć prostą filozofię - uczę się odpuszczać. 




CZYTAM powoli. Nie chłonę jednej książki za drugą, ale wciąż mam jakąś pod ręką. Ostatnio przeczytałam powieść Córkę Króla Moczarów Karen Dionne, o której wspominałam Wam w tym vlogu. To świetny thriller psychologiczny, bardzo zgrabnie napisany, wartka akcja, ciekawie odmalowane portrety bohaterów. Jeśli szukacie czegoś z dreszczykiem na nadchodzący urlop, to ze spokojem polecam Wam tę książkę.

A skoro wspomniałam o vlogu, to nie mogę przemilczeć faktu, że coraz bardziej podoba mi się taka forma przekazu. Nagrywając bożonarodzeniową niespodziankę nawet nie przypuszczałam, że w połowie roku na moim kanale będzie już sześć filmów. A jeśli czas mi pozwoli, to za kilka dni zaproszę Was na kolejny vlog.


JESTEM WDZIĘCZNA za ten czas. Za możliwość wyciszenia i komfort powiedzenia stop w odpowiednim momencie. Ostatni wpis na blogu to opowieść o mojej drodze mlecznej z Lilką. Dziś jesteśmy w trakcie odstawienia od piersi. Lisia jest dzielna. Tak bardzo, że jej postawa nieco mnie zawstydza, ja w ukryciu łykam łzy pożegnania.  Smutno mi, że kończymy ten okres, ale z pełnym przekonaniem mogę napisać, że to było cudownych 25 miesięcy.


Rozgrywamy to na własnych zasadach. Bez nerwów, w bliskości, w otoczeniu osób, które nas kochają i wspierają. Życzę każdej mamie, aby wokół siebie miała tyle życzliwych duszyczek, co ja. I najważniejsze - aby nie pozwoliła zagłuszyć swojej intuicji, aby pielęgnowała w sobie macierzyńską asertywność i była otwarta przede wszystkim na potrzeby dziecka i swoje własne.




Z uśmiechem na ustach, spokojem w głowie i pyszną kawą w ręku życzę Wam dobrego czasu. Koniecznie dajcie znać w komentarzach poniżej co u Was! Jak upłynął Wam maj i jak przywitaliście czerwiec? Planujecie już wakacje? My po tej kilkudniowej wiejskiej sielance poczuliśmy już letni luz i zaczynam pozwalać sobie na myśli o tegorocznym urlopie. 




_________________________________
#UWAŻNIEJ to seria wpisów na blogu, w której chciałabym podzielić się z Tobą tym, co jest dla mnie ważne w bieżącym czasie. Inspiracją do powstania tej serii jest Kasia z bloga WorqshopDzięki opracowanym przez Kasię słowom kluczom będę mogła opowiedzieć Ci, co mnie inspiruje, motywuje, napędza, a czasem spowalnia, czyli wszystko to, co prowadzi mnie do uważnego i świadomego życia.

#wykarmionepiersią | Moja mleczna droga z Lilką

#wykarmionepiersią | Moja mleczna droga z Lilką

do utraty tchu blog


W Polsce właśnie trwa Tydzień Promocji Karmienia Piersią, wspierany przez Fundację Mlekiem Mamy. To dobry czas, abym w końcu podzieliła się swoją historią karmienia piersią. 


Jestem mamą dwuletniej dziewczynki, uczęszczającej do żłobka, pracuję na pełen etat i karmię piersią. Poznaj moją mleczną drogę z Lilką. 




Jasne? Jasne! Dla mnie było to zrozumiałe w momencie, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Było zrozumiałe, gdy Lilka się urodziła. Jest zrozumiałe teraz, gdy Lili skończyła dwa lata. No właśnie, ale przez ten czas przekonałam się, że to tajemna wiedza i nie każdy potrafi (a może nie chce) ją przyswoić. 😉


Od początku zakładałam, że będę karmić piersią. Wiedziałam, że jest to dobre dla dziecka. Że jest wygodne, bo zawsze będę miała przy sobie to, czego maluch potrzebuje. I w końcu - że jest tanie, bo odpadną mi koszta związane z wszelkimi gadżetami do karmienia mm. 


Podczas ciąży starałam się przygotować do tego etapu. Uczęszczałam na zajęcia w szkole rodzenia w nadziei, że czegoś się dowiem na temat karmienia piersią (trochę się pomyliłam 🙊). Czytałam poradniki dla przyszłych rodziców. Najważniejsze jednak - trafiłam na bloga Hafiji. Lektura tekstów Agaty sprawiła, że nabrałam pewności, że mi się po prostu uda. Dziś wiem, że moja wiara była nieco naiwna i podyktowana chyba ciążowymi hormonami, ale o tym za chwilę. 


do utraty tchu blog

Moja mleczna droga z Lilką

Miałam szczęście. Ogromne szczęście! Bo u mnie zdecydowanie zadziałała natura. Lili od pierwszych chwil była małym ssakiem. Przystawiła się do piersi bezproblemowo i zupełnie sama, ja chyba byłam wówczas nieco rozkojarzona porodem i tym, że leży na mnie noworodek, prawdziwe dziecko, a nie lalka, jak ta ze szkoły rodzenia. Jedyne, co pamiętam to moje pytanie skierowane do położnej, czy Lilka się nie udusi, bo tak mocno się przyssała, że jej nosek był zupełnie zatopiony w piersi. 🙊😂


Później, gdy trafiłyśmy na oddział miałam wspaniałą opiekę. Szpital, w którym przebywałyśmy był nastawiony na wsparcie mamy w karmieniu naturalnym. Odwiedziła mnie doradczyni laktacyjna, która pokazała mi wygodne pozycje i skorygowała błędy techniczne przy przystawieniu. Mimo to w drugiej dobie pojawił się ból brodawek. Zaciskałam zęby, łykałam łzy i przystawiałam córeczkę na żądanie. Zbawienna okazała się dla mnie maść z czystej lanoliny. 


Z każdym dniem było coraz lepiej. Poznawałyśmy się, szukałyśmy dogodnych pozycji, a ja z czasem pokochałam ten nasz wspólny czas. Przez ostatnie dwa lata, odkąd Lilka jest na świecie, nie udało mi się przeczytać tylu książek, co podczas pierwszych miesięcy karmienia. 😁


do utraty tchu blog


Karmić publicznie czy nie karmić?

No pewnie, że karmić! Doskonale pamiętam naszą pierwszą stołówkę w plenerze. Wybraliśmy się na dłuższy spacer na naszym osiedlu, nie było mowy o powrocie na karmienie, a Lili dopominała się o swoją porcję. Usiadłam na murku na parkingu, przykryłam córeczkę pieluchą i bałam się podnieść wzrok, aby nie napotkać obcego spojrzenia. 


Wstydziłam się. Wiedziałam, że to naturalne i niezbędne dla mojego dziecka, ale po prostu się krępowałam. I choć ta dyskrecja podczas karmienia została mi do teraz i zawsze staram się robić to w ustronnym miejscu, to jednak wtedy na tym kawałku betonu przełamałam opór nieznanego. 


Za długie karmienie

Lili ma 25 miesięcy, czyli przekroczyła magiczną granicę wyznaczoną przez WHO, a my nadal się karmimy. Dlaczego? To pytanie wciąż pada pod naszym adresem. Dziś nauczyłam się ignorować te zaczepki i dociekania. 


Dlaczego wciąż karmię? Bo w rozporządzeniu WHO jest takie fajne sformułowanie: karmienie piersią należy kontynuować do 2. roku życia lub dłużej. Ja robię to dłużej. Bo obie tego jeszcze potrzebujemy. Bo możemy. 


Zauważyłam, że w naszym społeczeństwie funkcjonuje taka niepisana zasada - matki, które dopiero urodziły nakłania się, aby karmiły naturalnie, a tym samym piętnuje się mamy, które zdecydowały się na karmienie mm. Gdy dziecko kończy rok, a mama nadal karmi piersią zaczyna być terroryzowana uwagami o zbyt długim karmieniu. Doświadczyłam tego w całej rozciągłości. Uszczypliwe uwagi słyszałam od dalszej rodziny, koleżanek, lekarzy... 


Nie ma co ukrywać - to niesamowicie przykre. Wciąż byłam zmuszona zderzać się z opiniami, że Lila jest za duża, że to już przesada, że uzależniam ją od siebie emocjonalnie, że wszelkie smutki zaspokaja cycusiem, że do szkoły będę ją karmić... Było mi podwójnie ciężej - starałam sobie poukładać to w głowie, a te uwagi z pewnością nie były pomocne. Ta sytuacja sprawiła, że zaczęłam wyszukiwać powodów, dla których powinnam odstawić córeczkę od piersi. Jednak coś mnie powstrzymywało, po prostu nie chciałam kończyć naszej mlecznej przygody. Ta szczerość ze sobą pozwala mi każdego dnia mierzyć się z nieprzychylnymi komentarzami. 


Dziś obie czujemy, że dobijamy do brzegu, ale chcemy rozegrać to na własnych zasadach. Odstawimy się w swoim czasie. 😉


do utraty tchu blog


Szanuj, nie oceniaj

Moim marzeniem jest, abyśmy jako społeczeństwo nauczyli się akceptować i szanować wybory innych. Nawet jeśli są one odmienne od naszych, nawet jeśli jest to dla nas niezrozumiałe. Jednak, abyśmy pamiętali, że inne to nie znaczy gorsze. To może być dobre dla kogoś, nie musi być dobre dla nas. 


Nasza mleczna droga jest jedną z piękniejszych stron mojego macierzyństwa. Nie zawsze było jednak jak w bajce, był ból, poranione brodawki, gryzienie, chwile zawahania przed ukończeniem urlopu macierzyńskiego i powrotem do pracy, a także przed rozpoczęciem przygody Lilki ze żłobkiem. Niemniej karmienie ratowało nas z wielu opresji. To prawda, cycuś jest lekiem na całe zło świata - pomaga w chorobie, przy ząbkowaniu, gdy smutno, gdy boli, gdy chce się pomiziać, poprzytulać, gdy chce się być po prostu razem. 


Dla mnie jako mamy nie ma znaczenia, w jaki sposób inna mama karmi swoje dziecko. Chcę wierzyć, że dokonała takiego wyboru, bo uważała, że to jest dobre dla niej i dla jej malucha. Każda z nas jest inna, każda z nas ma inną historię, dlatego pozwólmy żyć drugiemu człowiekowi po swojemu, według własnych reguł. 


Wspieraj, jeśli masz zasoby. Toleruj, bez względu na przekonania. Nie oceniaj, bo sam z pewnością nie chciałbyś być ocenianym. 


➖➖➖➖➖➖➖➖➖
Jestem bardzo ciekawa, czy są tu jakieś mamy, które karmią za długo? 🙈😲 Jaką taktykę obrony obrałyście? A może są mamy, które chcą po prostu podzielić się swoją mleczną historią? Dziewczyny, śmiało! Trwa Tydzień Promocji Karmienia Piersią - jeśli nie teraz, to kiedy? Opiszcie swoje wrażenia, emocje, pomóżcie innym mamom odnaleźć się w tym czasie. W mamach siłach! 😀



#odmamydlamamy | Mamo, poczuj flow!

#odmamydlamamy | Mamo, poczuj flow!

do utraty tchu blog


Byłam idealną mamą, zanim urodziłam dziecko. Lubię to zdanie, które krąży po sieci, bo doskonale oddaje moje wyobrażenia o macierzyństwie. Ja naprawdę doskonale wiedziałam, jaką mamą chciałam być. Nie jest też tak, że mój rodzicielski zamysł zupełnie minął się z rzeczywistością. Udaje mi się z powodzeniem przemycać do naszej codzienności małe cele, które odnotowuję jako drobne sukcesy. Jednak szybko przekonałam się też, że moje rodzicielstwo będzie dość spontaniczne i dostosowane do bieżącej sytuacji. 😉 


Wyobrażenie vs rzeczywistość

Myślałam, że nie podam Lilce smoczka, bo źle wpłynie to na jej rozwój mowy. Trafił mi się ssak, a ja w końcu uległam. Podając jej smoka, płakałam. Czułam się winna.


Myślałam, że odstawię Lilkę od piersi przed powrotem do pracy. Nie przestałam karmić. Co więcej, Lili ma 25 miesięcy i nadal praktykujemy kp. Wbrew protestem, karcącym i zniesmaczonym wzrokiem otoczenia.


Myślałam, że Lilka będzie spała u siebie w łóżeczku. Przez dwa lata spała z nami.


Mogłabym mnożyć te macierzyńskie potknięcia i pielęgnować w sobie poczucie winy, kąpać się w żalu i beznadziejności. Ale. ☝ Od początku zaufałam sobie, mężowi i naszemu dziecku. Robiłam tak jak czułam i nie pozwoliłam zagłuszyć swojej intuicji. Wiele obaw rozmyło się w codzienności - Lilka odrzuciła smoczek przed ukończeniem roku. Dziś przesypia prawie całe noce u siebie i tylko nad ranem drepcze do naszego łóżka. Karmienie zaś było dla nas ratunkiem w wielu ciężkich chwilach i wiem, że prawdopodobnie poczekamy do samoodstawienia. 


do utraty tchu blog



Nic nie muszę, ale mogę

Nie wiem czy zadziałał mój wewnętrzny system obronny, asertywność, a może to zwykła przekora? Jednak od początku puszczałam mimochodem wszelkie uwagi. Owszem, słuchałam rad bliskich mi osób, na których zdaniu mi zależało, ale za każdym razem podejmowałam decyzję macierzyńską wyłącznie w zgodzie ze sobą i mężem.


Wielokrotnie musiałam stawić czoła nieprzychylnym opiniom, które najczęściej dotyczyły karmienia piersią. Gdy jakiś czas temu udałam się do ginekologa, ten uraczył mnie takimi słowami: 


Oszalałaś? Pytam naprawdę - zgłupiałaś, żeby tak długo karmić? Po co? Przecież dzieciak tu zje pęto kiełbasy, tam popije browarem od starego... W dobrym guście jest karmić sześć miesięcy, rok to już jak kto chce, ale więcej to głupota. Ok, jak chcesz w wieku czterdziestu lat chodzić jak Murzynka z cyckami do kolan i bez zębów, to proszę bardzo! We Francji zabrali babie dzieciaka jak tak długo karmiła. Tu nie ma czym się chwalić...

Ten monolog trochę jeszcze trwał. Ja siedziałam, nieco oniemiała. Z jednej strony zaszokowana i zdziwiona rewelacjami pana doktora, a z drugiej - byłam wściekła. I właśnie wtedy postanowiłam, że mam dość. Oceniania, ingerowania w moje wybory, braku poszanowania i respektowania tego, do czego mam prawo.


Długo rozmyślałam o tej sytuacji, o pozycji matki w społeczeństwie i o naszej mentalności. Nie rozumiem dlaczego rościmy sobie prawo do oceniania innych, dlaczego tak ciężko uszanować nam odmienność lub po prostu pogląd odbiegający od naszego? Najbardziej jednak smuci mnie, że to my, mamy jesteśmy temu winne. Bo się godzimy na to. Bo często nie mamy odwagi się sprzeciwić i tupnąć nogą. Bo obwiniamy się wzajemnie. Krytykujemy wybory innych mam. Bo nie potrafimy zrozumieć, że inne nie oznacza gorsze.


do utraty tchu blog



"Instaburza" początkiem zmian?

Jest w sieci kilka mam, które darzę wielką sympatią, śledzę w mediach społecznościowych, rozmawiam, wymieniam się doświadczeniami, wspieram, inspiruję. Do tego grana należą Ewelina Mierzwińska oraz Edyta Zając.

Pewnego dnia pod jednym ze zdjęć na IG dziewczyny się poróżniły. Każda z nich obstawała przy swojej racji i pewnie cała ta sytuacja mogłaby przerodzić się w internetową wojenkę, tworząc dwa obozy oburzonych mam. A co zrobiły Ewelina i Edyta? Kulturalnie przeniosły dyskusję na teren prywatny i zamiast upierać się przy swoim, stworzyły piękną kampanię #ODMAMYDLAMAMY.


#ODMAMYDLAMAMY

Zbliża się Dzień Mamy i to jest właśnie ten moment, w którym zamiast krytykować, wykłócać i prześcigać się która z nas ma gorzej, możemy się wesprzeć. Nie tylko dobrym słowem, a konkretnym gestem. Dziewczyny proponują wysłanie karki z życzeniami do mam, które podziwiamy i które chciałybyśmy, aby poczuły się docenione. Możemy zrobić to w tradycyjny sposób, ale można posłużyć się też mediami społecznościowymi.


  • Wszelkie szczegóły znajdziecie zarówno u Eweliny, jak i Edyty.


Post udostępniony przez Aleksandra (@do_utraty_tchu)

Mamo, poczuj flow!

Bycie mamą to nieprawdopodobnie fajna sprawa. Owszem, często cholernie trudna, ale dla mnie to od dwóch lat najfajniejsza przygoda. Lubiłam swoje życie przed Lilką - małe rytuały, skupienie się na sobie i własnych potrzebach, budowanie dorosłej rzeczywistości i dojrzewanie do bycia rodzicem. Nie ukrywam jednak, że pojawienie się w moim życiu tego małego chochlika poukładało wiele spraw w głowie. Dało mi niesamowitego kopa, utwierdziło w przekonaniu, że życie toczy się tu i teraz. Dziś lubię siebie, swoją codzienność, która raz jest niespieszna i pachnie kawą, innym razem jest jak na torze wyścigowych i... też pachnie kawą, morzem kawy! 😁


Wokół mnie jest mnóstwo ciekawych kobiet, które podglądam z podziwem i radością, które czują flow. Nie są cierpiętnicami, dokonały świadomych wyborów, realizują się, są pełne pasji i marzeń, a macierzyństwo jest dla nich źródłem satysfakcji. Bo to przecież cholernie wymagające zajęcie! Dlatego, dziewczyny, uśmiechajmy się do siebie, dzielmy się dobrym słowem nie tylko od święta.


Jutro słowa otuchy i podziękowania prześlę mojej Mamie, siostrom oraz przyjaciółce, dla której jest to pierwszy Dzień Mamy z córeczką.


Każdego dnia podglądam też moje internetowe koleżanki, które dzielą się swoimi dobrymi, ale również i tymi czasami słabszymi chwilami:

Wszystkie, bez wyjątku, jesteście dla mnie inspiracją. Niejednokrotnie sprawiacie, że uśmiecham się mimo zmęczenia i zniechęcenia.


do utraty tchu blog


➖➖➖➖➖➖➖➖➖➖
Mam (prawie) trzydzieści lat 🙈😀, jestem żoną świetnego faceta i mamą małego Lilusiowego czorcika. Pracuję, piszę i czasami nagrywam. Lubię kawę, dobrą książkę, serialem i filmem też nie pogardzę. Lubię tańczyć do utraty tchu, budować wieże z klocków z Lilką, wystawiać twarz do słońca i biegać po kałużach. A kim Ty jesteś? Opowiedz mi o sobie - jaka jest Twoja supermoc, kogo podziwiasz, kim się inspirujesz i komu należy się jutro dobre słowo?


Serdeczności!

Żegnaj, pieluszko! | 7 książek pomocnych podczas odpieluchowania dziecka

Żegnaj, pieluszko! | 7 książek pomocnych podczas odpieluchowania dziecka



Przychodzi taki moment w rozwoju malucha, że czas pożegnać pieluszkę. Choć to naturalna kolej rzeczy, a nauka higieny i czystości jest jedną z podstawowych umiejętności człowieka, to jednak budzi ona wiele emocji. Nie ma co ukrywać, to stresujące czas zarówno dla dziecka, jak i rodziców.


Nabywanie nowych kompetencji życiowych dla małego organizmu to wielki wyczyn, nie tylko fizyczny, ale i emocjonalny. Jest to w zupełności zrozumiałe. Tak samo, jak stres opiekunów, którzy muszą zmierzyć się ze swoją determinacją i konsekwencją, bo to od siły woli rodziców w dużej mierze zależy powodzenie całej akcji. Jednak oprócz wyżej wymienionych naturalnych stresorów jest coś jeszcze, co pogłębia strach i niepewność przed nowym. To presja otoczenia, "dobre rady", uwagi rzucone mimochodem, opinie bardziej doświadczonych, czyli wszystko to, co zagłusza intuicję i wewnętrzny głos.


Odpieluchowanie to tylko jeden z przykładów, kiedy to rodzice muszą stawić czoła środowisku. Takich sytuacji jest zdecydowanie więcej, jak chociażby wybór sposoby i długości karmienia, ale to temat na oddzielny tekst. Jednak bez względu na okoliczności, czy na przychylne lub nie otoczenie, prawda jest taka, że nie ma złotej recepty na wychowanie dziecka. Są za to tak zwane własne zasoby, jak intuicja rodzicielska, uważność na potrzeby dziecka, spokój, cierpliwość,  empatia i rozsądek. Do tej listy dopisuję jeszcze literaturę. 



do utraty tchu blog

Bajka-pomagajka, czyli książka dobra na wszystko

Zawsze będę stała na straży stwierdzenia, że książka jest idealnym początkiem rozmowy. Dzisiejszy rynek wydawniczy bardzo się stara, aby dostarczyć rodzicom literaturę, która pomoże zrozumieć ich dzieciom otaczający świat. Dlatego nie jest niczym dziwnym, że są też książki o rozstaniu z pieluszką i nauką korzystania z toalety.



Jesteśmy z Lilą na tym właśnie etapie i choć podchodzimy do tego zupełnie na luzie i bez stresu, to jednak staram się, oswoić ją z tematem. Oprócz nauki korzystania z nocnika i nakładki sedesowej, czytamy książki poświęcone odpieluchowaniu. Takich pozycji jest mnóstwo, ja zaś wybrałam tylko kilka z spośród tych, które miałam możliwość poznać i które uważam za godne polecenia.



7 książek pomocnych podczas odpieluchowania dziecka


1. Ale kupa! Co masz w pieluszce? Guido van Genchten 

(wyd. Nasza Księgarnia)

do utraty tchu blog


Guido van Genchten to moje niedawne odkrycie. Uwielbiam jego książki! Dawkujemy sobie z Lilką jego twórczość, bo zdaję sobie sprawę, że niektóre historie są dla Lisi jeszcze niezrozumiałe. Jednak ta książka i kolejna, którą za chwilę pokażę, są świetne. 


Ale kupa! Co masz w pieluszce? to historia ciekawskiej myszki, która zagląda do pieluszek swoich przyjaciół, zwierzątek i sprawdza stan czystości bielizny. Najzabawniejsze jest to, że pieluszki są ruchome i dziecko naprawdę może zajrzeć do środka, a tam kryje się kupa w całej okazałości z odwzorowaniem rzeczywistym dla każdego zwierzęcia. 😆🙈🙊

 
do utraty tchu blog

do utraty tchu blog


Ok, to może być dla kogoś okropne, ale trzeba przyznać, że bardzo ludzkie! 😂 Jednak obrazowość oraz pozytywny wydźwięk tej historii sprawia, że dla dziecka przekaz tej opowieści jest jasny, a dla rodzica raczej zabawny. 


2. Chce mi się kupę Guido van Genchten 

(wyd. Nasza Księgarnia)

do utraty tchu blog


No, dobrze - korzystanie z nocnika opanowane, ale toaleta jakoś przeraża. Bo duża, bo wpadnę, bo się boję, bo niewygodna... Z pomocą znów przychodzi książka, której bohaterem jest piesek. Chce mu się kupę i to już, a na jego nocniku siedzi właśnie młodsza siostra, bo z jej nocnika korzysta myszka, bo myszki nocnik zajęła żabka... Biedny piesek ma pilną potrzebę, a wszystkie nocniki są zajęte! Rad nierad, musi pokonać lęk i skorzystać z dużej toalety. Okazuje się, że to całkiem fajna sprawa...


do utraty tchu blog


3. Ja już potrafię! O sukcesie na sedesie Agnieszka Frączek, Lee Wildish 

(wyd. Debit)

do utraty tchu blog


Kolejna pozycja to już klasyk w tym temacie i również traktuje o nauce korzystania z toalety dla dorosłych. Mały miś pokonuje wszystkie zawiłości i przeszkody, aby z powodzeniem opanować sztukę sedesowania. 😀


do utraty tchu blog


Uatrakcyjnieniem jest możliwość spłukiwania wody, dzięki wbudowanym w książkę efektom dźwiękowym. My niestety mamy bardzo sfatygowany egzemplarz, który pochodzi z biblioteki. 


4. Nocnik nad nocnikami Alona Frankel 

(wyd. Nisza)

Wróćmy jednak jeszcze do nocnika. 😉


do utraty tchu blog


Nocnik nad nocnikami to była jedna z pierwszych książek, które kupiłam Lilce i darzę ją wielkim sentymentem. Ciekawe jest to, że dostępna jest w wersji dla chłopców i dla dziewczynek. My mamy oczywiście historię Basi, która dostała w prezencie nocnik.


do utraty tchu blog


Prosta opowieść, zrozumiałe zdania, nieskomplikowana grafika - wszystko, co przemawia do małego odbiorcy. 


5. Nocnik Maksa Barbro Lindgren, Eva Eriksson 

(wyd. Zakamarki)

do utraty tchu blog


W moim zestawieniu nie mogło zabraknąć zakamarkowej książki. Wciąż mam słabość do dziecięcej literatury skandynawskiej, a Barbro Lindgren pojawiła się już u mnie na blogu przy okazji prezentacji fantastycznej serii o prosiaczku Bolusiu


do utraty tchu blog


Seria o Maksie wydana jest w formie kartonowych, małych książeczek, a historia o nocniku to zabawna opowieść o chłopcu, psie i... nocniku. Prosta w przekazie i formie. 


6. Kuba i jego nocnik Liesbet Slegers 

(wyd. Adamada)

do utraty tchu blog


Lubimy z Lilą serię autorstwa Liesbet Slegers. Kiedyś czytałyśmy te, przeznaczone dla najmłodszych (np. Jedzenie, Spanie, Kąpiel), dziś zaś sięgamy po te, które są adresowane dla nieco starszych dzieci. Gdy miałyśmy czas chorowania, to ulubioną książką Lili była o Kasi, która poszła do lekarza. Teraz czytamy o Kubie i jego nowym nabytku - nocniku.


do utraty tchu blog

7. Mój kolega nocnik Marcin Malicki 

(wyd. Book House)

do utraty tchu blog


Mój kolega nocnik wchodzi w skład serii "Pierwsze czynności". Przerabiałyśmy już ubieranie, teraz sięgnęłyśmy po tę o odpieluchowaniu.


Zaletą tej książki z pewnością jest kartonowe wydanie oraz proste, nierozbudowane zdania.


do utraty tchu blog


Korzystanie z toalety i komunikowanie swoich potrzeb przez dziecko to sztuka, ale spokojnie - do opanowania. 😉 Skąd u mnie ten luz w podejściu do tematu? Jakiś czas temu przeczytałam, że przecież po ulicach nie chodzą dorośli w pieluszce, którzy na podwieczorek jeżdżą do mamusi na cycusia. 😂 Kiedyś pożegnali pieluszkę i mleczko od mamy. Wszystko w swoim czasie! Bez pośpiechu, bez nerwów, w zgodzie ze sobą i aktualnym zapotrzebowaniem emocjonalnym dziecka i rodzica.


A że gadają? Zawsze znajdzie się ktoś, kto wie lepiej od nas jak powinniśmy wychować własne dziecko. Naszym zadaniem jako rodziców jest zapewnienie spokojnych, pełnych miłości i prostej radości warunków do rozwoju. Czasami potrzebny jest tylko czas i gwarancja, że jesteśmy w tym razem. Z pewnością przyda się też książka, która pomoże w etapie przejściowym. 😉 



Copyright © 2016 Do utraty tchu - żyj uważniej , Blogger