"Matka Polka Feministka" Joanna Mielewczyk

"Matka Polka Feministka" Joanna Mielewczyk

do utraty tchu blog


Czy zdarzyło się Ci, poznając jakąś historię, zastanawiać się, co było dalej? Pewnie niejednokrotnie. No, dobrze - żyli długo i szczęśliwie, ale jak? Czy to był permanentny stan upojenia radością? Czy nie bolały ich buzie od tego ciągłego uśmiechania? Skoro byli tak szczęśliwi, to czy spoczywa na nich obowiązek obnoszenia się ze swoim dobrym życiem? A może nie, może to skromna, ale optymistyczna codzienność? Sytuacja komplikuje się, gdy spotykamy się z ludzkim nieszczęściem. Porażeni niedolą bliźniego, często nie możemy pozbyć się natarczywych myśli. Jak, dlaczego, po co, i co dalej? Czy się pozbierali, czy udało im się podnieść z kolan? Wiele razy rozmyślałam o zasłyszanych opowieściach. Niekiedy wchodzą one zupełnie nieproszone w moją przestrzeń i w żaden sposób nie mogę ich wyprosić. Ciężko poradzić sobie wtedy z cudzymi emocjami. Dlatego ucieszyłam się, że Joanna Mielewczyk zadbała o mój spokój. Dlaczego? O tym poniżej. ⇩



Matka Polka Feministka Joanna Mielewczyk


do utraty tchu blog


Matka Polka Feministka Joanny Mielewczyk to zbiór kilkunastu opowieści o rodzicielstwie, które można było usłyszeć na antenie radiowej Trójki. Ale jest coś jeszcze, jest dalsza część - właśnie to, co było po żyli długi i... Nie napiszę szczęśliwie, bo bohaterowie Joanny Mielewczyk mieli swoje wzloty i upadki. Jednak właśnie powrót do tych historii, dopowiedzenie, co wydarzyło się po audycji jest tym brakującym elementem. 


O czym jest Matka Polka Feministka? Najprościej byłoby odpowiedzieć, że o posiadaniu dzieci. Jednak to byłoby zbyt banalne, bo książka Mielewczyk sięga głębiej. Jest o trudnych i szarych dniach, których jest czasami znacznie więcej niż słonecznych i radosnych. Niestety. O zmaganiach ojca, którego dziecko jest poważnie chore. O niespełnionym marzeniu. O rozstaniach i składaniu wszystkiego od nowa. O walce o kolejny dzień razem. O niewłaściwych decyzjach, których nie da się już cofnąć. O samotności i bezradności. Ale też o ogromnej potrzebie wzięcia odpowiedzialności za drugiego człowieka. I o miłości. Tak, przede wszystkim jest to opowieść o miłości. 


Na jednym z popularnych portali okołoksiążkowych czytam:


Życia ta lektura nie zmienia, ale czyta się przyjemnie. Kilku bohaterów skłoniło mnie do refleksji nad własnym rodzicielstwem.¹
skrytka_kulturalna


Faktycznie, nie zmienia. Bo nie będę dopisywać teorii, że nagle zaczęłam inaczej postępować niż dotychczas. Nie stałam się innym człowiekiem, innym rodzicem, inną mamą. Jednak skłoniła mnie do refleksji. Do pochylenia się nad tym, czy może mogłabym następnym razem coś zrobić inaczej, może uważniej, może z większym spokojem i dystansem. W takim razie, czy na pewno życia ta lektura nie zmienia


do utraty tchu blog


Jest jeszcze jedna bardzo ważna kwestia, którą porusza Joanna Mielewczyk w rozmowie ze swoimi bohaterami. Matkopolkowanie. 


Jeszcze przed tym pierwszym odcinkiem powstało w mojej głowie matkopolkowanie -słowo oznaczające robienie miliona rzeczy zupełnie bez sensu i wbrew sobie. Matkopolkowaniem jest mycie podłogi mimo zmęczenia, które zwala z nóg. Matkopolkowaniem jest branie na siebie wszystkich obowiązków, mimo wewnętrznej niezgody. Matkpolkowaniem jest niechęć do dzielenia się wychowawczymi obowiązkami w przekonaniu, że ja to zrobię lepiej. Matkopolkowaniem jest życie w zgodzie ze stereotypami, nie - potrzebami, próba odcięcia się od intuicji. Matkopolkowanie jest nasze, matczyne.²

Podczas lektury tej książki wciąż zastanawiałam się, czy matkopolkowanie jest również we mnie. Czy robię coś wbrew sobie? Czy popłynęłam na macierzyńskiej fali? Chyba czasami tak. Zdarza mi się robić rzeczy, na które nie mam ochoty, ale wydają mi się konieczne. Mam także potrzebę wyrażania głośno sprzeciwu, gdy granice zostają przekroczone, gdy czuję się niekomfortowo. Jestem mamą od roku i zdarza mi się błądzić. Jednego jestem pewna: nie czuję się źle, że na pierwszym miejscu stawiam Lilkę i jej potrzeby. Jeszcze nie. Może kiedyś to się zmieni. Może kiedyś moje Ja będzie się dopominało o dopieszczenie. Dziś mam poczucie, że się realizuję, że robię wiele i wciąż mogę więcej. Lili nie stoi mi na drodze, wręcz przeciwnie - to jej obecność pcha mnie do przodu. 


Bardzo ciekawa dyskusja trwa u Izy z bloga Nie tylko różowo, która również jest po lekturze książki Joanny Mielewczyk. Iza zdecydowanie stawia na mądrą i wyważoną relację w rodzinie, na sprawiedliwy podział obowiązków i konsekwentnie podkreśla, że nie jest Matką Polką. Nie będę rozwijać myśli Izy, po prostu gorąco zachęcam Cię do lektury ⇨ Nie jestem Matką Polką


do utraty tchu blog


Jedna z bohaterek Matki Polki Feministki mówi:


Dopóki nas bezpośrednio to nie dotknie, akceptujemy, że takie rzeczy się zdarzają, a jak nas spotka - trzeba przeżyć, przespać się z tym, wyciągnąć wnioski i żyć dalej.

I okazuje się, że te wszystkie historie, opisane przez Mielewczyk trwają. Szczęśliwie i nieszczęśliwie. Ocenę pozostawiam Tobie. Nie znajdziesz tu recepty na szczęśliwe rodzicielstwo. Nie dowiesz się, jak należy postępować, gdy przyjdzie Ci się zmierzyć z niepłodnością, chorobą dziecka, homofobią, aborcją, śmiercią małżonka, czy kryzysem wiary. Bo życia ta lektura nie zmienia, ale skłania do myślenia. Do zrozumienia, że takie rzeczy się zdarzają, że trzeba żyć dalej. 





Dane techniczne

Joanna Mielewczyk Matka Polka Feministka
Wydawnictwo: Czwarta Strona
ISBN 9788379765263



¹ źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4019396/matka-polka-feministka
² Cytowane fragmenty książki pochodzą z: Joanna Mielewczyk, Matka Polka Feministka, Poznań: Czwarta Strona, 2017.

♥ ♥ ♥

♥ ♥ ♥

do utraty tchu blog


Dziś są Twoje urodziny. Chciałabym Ci opowiedzieć o tych 365 dniach. Ale to za mało, bo byłaś już wcześniej. Zanim zamieszkałaś we mnie, zanim Twoje serduszko zabiło pierwszy raz, zanim musnęłaś mnie swoim motylim dotykiem. Pojawiłaś się z miłości, która trzyma mnie na powierzchni, nadaje sens, dodaje sił. 


A dziś jest Twój dzień. 


Chcę tulić Cię o poranku, gdy słonko zagląda przez okno. I zamykać Cię w dłoniach, gdy przymykasz zmęczone oczka. Chcę osłonić Cię przed bólem, który jak wąż skrada się niepostrzeżenie. Ocierać Twoje łzy, całować zbite kolanka. I pokazać Ci jak listki otwierają się w wiosennym cieple. Tańczyć w rytm majowego deszczu. Biegać boso po soczystej trawie. Śmiać się, gdy wiatr owiewa nasze rumiane twarze, a radość aż szczypie w policzki. Chcę siadać z Tobą na rozgrzanym asfalcie i liczyć spadające gwiazdy. Wdychać z Tobą zapach maciejki w sierpniowe wieczory. I pokazać Ci jak jesienią ziemię pokrywa kolorowy dywan. Zimą łapać płatki śniegu na wysunięty ciepły języczek. 


Chcę Ci powiedzieć, jak bardzo Cię kocham. Jak pokazałaś nam, że na końcu każdej tęczy jest pastelowy róż. Że trzeba tylko mocno wierzyć. Że Twój uśmiech leczy wszystkie smutki. Bez Ciebie nic już by nie było. Nie byłoby ciepłych tulasków w pogniecionej nocą pościeli. Oślinionych buziaków. Gilania po mięciutkich nóżkach. I nas by nie było. Wypełniłaś świat po brzegi, namalowałaś na nowo. 


Bądź szczęśliwa. W pełni sił. Sięgaj chmur. I kochaj. Nasza puchata panienko. Nasze spełnione marzenie. Nasze wszystko. ❤


do utraty tchu blog

do utraty tchu blog


xoxo


Mój pierwszy raz z bullet journal

Mój pierwszy raz z bullet journal

do utraty tchu blog


Za miesiąc wracam do pracy. Odczuwam już stres, który osiada na moich barkach. Okropnie boję się tego nowego etapu w naszym życiu, ale jednocześnie spoglądam w przyszłość z ciekawością. Powoli staram się wrócić do dobrych nawyków w postaci planowania - tworzę listy zadań na nowy dzień, tydzień i miesiąc. Próbuję ogarnąć coraz więcej, aby te dodatkowe obowiązki, które niebawem dojdą nie przerosły mnie. 


Tak bardzo jestem zorganizowana w tym roku, że nie mam jeszcze kalendarza! 🙈😁Planuję w ubiegłorocznym organizatorze, w którym mam mnóstwo wolnego miejsca. I to właśnie te puste kartki zainspirowały mnie do wypróbowania zupełnie nowej dla mnie metody, jaką jest prowadzenie bullet journal. Pierwszy raz spotkałam się z tą techniką u Kasi z bloga WorQshop, która swoją drogą jest dla mnie totalnym odkryciem! To niesamowita osoba, pełna pozytywnej energii, zaangażowana w to, co robi i do tego inspirująco-motywująca odbiorców. No, Kasia jest mega! ❤ 



do utraty tchu blog


O co chodzi z tym bullet journal?


Bujo, jak potocznie jest nazywany, to może być wszystko. Tym, czym się stanie zależy od Twojej kreatywności i Twoich potrzeb. Bullet journal sprawdzi się jako kalendarz, planner, organizer, zbiór inspiracji, lista to - do, ale także szkicownik, notatnik. No, wszystko! 


Dlaczego? Bo przed sobą masz pustą kartkę i Ty decydujesz, co na niej wyczarujesz. W ten sposób tworzysz zupełnie zindywidualizowany organizer, który zmienia się wraz z Tobą. 



Jak zacząć? 


Na początek wystarczy Ci zwykły zeszyt i kilka kolorowych cienkopisów.  Później, gdy ta metoda planowania sprawdzi się u Ciebie, możesz zainwestować w odpowiedni notes, kolorowe karteczki, dobre długopisy... Jednak na starcie postaw na minimalizm. Cała magia bullet journal tkwi w prostocie. Taka była idea twórcy, aby tworzyć przejrzyste, spersonalizowane kalendarze. Dlatego warto skupić się przyswojeniu zasad planowania i wprowadzeniu zamiarów w czyn. 



do utraty tchu blog


Gdzie szukać inspiracji?


Z pewnością kopalnią inspiracji są social media - Pinterest i Instagram. Na Instagramie jestem od dawna (znajdziesz mnie TU), Pinterest zaś jest moim niedawnym odkryciem (jeśli chcesz dołączyć do mnie, to TU jest mój profil). Muszę się naprawdę pilnować, aby kontrolować czas spędzony na przeglądaniu, bo Pinterest to złodziej czasu!


Ponadto warto zajrzeć do mistrzów, czyli osób, które kochają ten typ organizacji i planowania. Dla mnie taką chodzącą inspiracją jest właśnie Kasia (WorQshop). Znajdziesz u niej kilka naprawdę wartościowych treści, które pozwolą Ci zacząć przygodę z bujo, np.:





Dlaczego bullet journal?


Znalezienie odpowiedniego plannera bywa trudne. Jeszcze gorzej jest z wypełnianiem wszystkich miejsc, które przygotował autor owego organizatora. Ty wiesz najlepiej, czego obecnie potrzebujesz. W ciągu całego roku Twoje oczekiwania mogą ulec zmianie, dlatego sam(-a) możesz zdecydować, co chcesz wyczarować na pustej kartce. Lista rzeczy do spakowania na wyjazd, zadania do wykonania danego dnia, a może zaplanowanie postów w social mediach na cały tydzień lub miesiąc? To wszystko możesz rozpisać właśnie w swoim bujo. Potrzebujesz tylko pustego zeszytu i czarnego cienkopisu. 


Inną zaletą prowadzenia bullet journal jest stawianie sobie nowych wyzwań i obserwowanie poczynionych postępów. To idealny sposób do wypracowania dobrych zwyczajów, np. pilnowanie zdrowej diety i aktywności fizycznej.



do utraty tchu blog


Mój pierwszy raz z bullet journal


Ja dopiero zaczynam i jestem na etapie fascynacji bujo. Podoba mi się w nim wszystko. Wiem, że minie trochę czasu nim wypracuję idealny system. Początki zawsze bywają trudne i nieudolne, podobnie jest ze mną. 😉 Jednak nie zrażam się małymi niepowodzeniami - rozmazanym tuszem, pokracznym rysunkiem, czy nietrafionym sposobem rozpisywania planów. 


Moim celem jest wypracowanie satysfakcjonującej techniki organizowania życia mojej rodziny - opieka nad Lilką, planowanie posiłków, lista zakupów, umówienie wizyt lekarskich, organizacja postów na bloga oraz social mediów i wiele innych zadań kobieto-matki pracującej. 😀 I nie mam na celu ułożenia harmonogramu co do sekundy, sztywnego trzymania się zasad i pilnowaniem z zegarkiem w ręku, czy wszystko idzie zgodnie z planem. Chciałabym właśnie mieć czas na luz i swobodę. Dzięki rozplanowaniu postów w social mediach i zaplanowaniu wcześniej publikacji, nie będę musiała poświęcać na to cennych minut, które mogę spędzić z Lili. 


Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałabym wspomnieć. Kreatywność i odprężenie! To są pierwsze skojarzenia, które towarzyszą mi za każdym razem, gdy myślę o moim bullet journal. Dawno nic tak bardzo mnie nie wyciszało. Polecam każdemu, kto szuka dobrego sposobu na relaks. 




Jestem bardzo ciekawa, czy Ty jesteś również takim freakiem, jak ja w planowaniu i organizacji? Tworzysz listy zadań, lubisz pisać ręcznie, rysować, szkicować? A może masz inny sposób na ogarnięcie codzienności? Koniecznie daj znać, co o tym myślisz! 😊


Ściskam!


Czego nauczyłam się od włosomaniaczek? Moje sprawdzone sposoby na zdrowe i zadbane włosy

Czego nauczyłam się od włosomaniaczek? Moje sprawdzone sposoby na zdrowe i zadbane włosy



Włosy to mój ulubiony temat urodowy. Mogłabym rozprawiać o tym godzinami i mam poczucie, że chyba trochę terroryzuję tym mamę i siostry, ale przecież świat należy zacząć zmieniać od siebie i swojego otoczenia! 🙊😁 


Włosy zawsze zajmowały wysoką pozycję na liście moich pielęgnacyjnych priorytetów. Sądziłam, że poświęcam im naprawdę sporą uwagę, a moja okazała czupryna jest w świetnym stanie. Otóż byłam w błędzie! Wciąż nie mogłam poradzić sobie z układaniem fryzury, włosy nadal się puszyły, a ja składałam to na karb natury. Tkwiłam w przekonaniu, że takie po prostu są - z tendencją do falowania, poddające się wilgotności powietrza i jedyne, co mogłoby to zmienić to prostownica. Na szczęście trafiłam na blogi włosomaniaczek. Odkrycie właśnie tej części internetów zmieniło moje myślenie o pielęgnacji włosów. 


Początkowo tylko czytałam te włosowe rewelacje i próbowałam wypróbować to na sobie. Byłam jak dziecko we mgle - robiłam to bardzo nieumiejętnie, chłonęłam wszystko jak gąbka, a efektów nadal nie było widać. Kolejnym etapem była ciąża, zaczęłam mieć problem z wypadaniem włosów i wtedy opracowałam plan walki o piękne i zdrowe włosy. Sytuacja została opanowana, ale do czasu... kolejnego wypadania po ciąży. Wróciłam do moich włosowych rytuałów i to chyba był ten moment, że zawzięłam się i postanowiłam, że to musi się w końcu udać. Pogłębiałam swoją wiedzę, czytałam, ale przede wszystkim obserwowałam swoje włosy i w ten sposób znacznie poprawiłam ich kondycję.


Gdy zaczynałam swoją przygodę z włosomaniactwem moje włosy były wysokoporowate. Dziś są raczej średnioporowate. Jeśli jesteś ciekawa jak tego dokonałam, to zapraszam do dalszej części wpisu. 


Czego nauczyłam się od włosomaniaczek?
Moje sprawdzone sposoby na zdrowe i zadbane włosy



Rezygnacja z farbowania

Nie jest to warunek konieczny, bo w sieci możemy znaleźć wiele przykładów posiadaczek pięknych włosów, które nie zrezygnowały z farbowania. U mnie jednak to była dobra decyzja. Moje włosy są naturalnie ciemne, dlatego nie było dramatycznych scen z widocznymi odrostami. Dziś już wiem, że chemiczne środki to nie jest odpowiednia droga do uzyskania lśniących i gładkich włosów, bo to jest pozorny i chwilowy efekt. Być może, gdy moją głowę pokryją siwe pasma, znów wrócę do farbowania, ale w tej chwili jest mi to zupełnie niepotrzebne.


Podcinanie końcówek

Naprawdę możesz używać wszystkich możliwych produktów przeznaczonych do walki z rozdwojonymi, zniszczonymi końcami, ale prawda jest taka, że to nic nie da. Łodyga włosów od nasady głowy jest martwa. Najlepszym rozwiązaniem jest podcięcie zniszczonej części i rozpoczęcie odpowiedniej pielęgnacji, aby zapobiec szybkiemu rozdwajaniu się końców. Ja swoje włosy podcinam co kilka miesięcy i odkąd zaczęłam uważniej je traktować, końce są naprawdę w dobrym stanie. Ostatnio zdecydowałam się na proste cięcie maszynką i jestem zachwycona efektem. Dzięki temu włosy są obciążone i tylko delikatnie się falują. 




Diagnoza i odpowiedni dobór kosmetyków

Na początku warto przyjrzeć się swoim włosom. Odpowiednia obserwacja pozwoli Ci określić, co im służy, a co szkodzi. Jeśli masz z tym problem udaj się do trychologa - to lekarz od włosów, który pomoże Ci w diagnozie. Obecnie wizyty są finansowane z  programu Zdrowe włosy. 


Gdy będziesz już wiedziała, co dolega Twojej czuprynie, zrób rozeznanie na blogach i sprawdź, co polecają włosomaniaczki. Takie wpisy z listą produktów to prawdziwa kopalnia inspiracji i oszczędność czasu. Oczywiście może okazać się, że to, co dla innych jest świetne, u Ciebie może zupełnie być nietrafione. Jednak metodą prób i błędów, małymi kroczkami zaczniesz dostrzegać, co Ci służy. Początkowo zupełnie nie zwracałam uwagi na skład kosmetyków, kupowałam to, co z opisu na opakowaniu wydawało się odpowiednie. To wielki błąd. Dziś wiem, że moje włosy potrzebują nawilżenia oraz wygładzenia, dlatego najczęściej sięgam po emolienty. 





Teksty, które mogą Ci się przydać:

Olejowanie

Oleje zrewolucjonizowały mój system pielęgnacyjny. Nie wyobrażam sobie już bez nich moich włosów, które wręcz piją je litrami! Jest wiele sposobów na dobór odpowiedniego oleju oraz metod aplikacji. Jestem przykładem, że taki sztywny podział się nie sprawdza  - tu również potrzebnych jest wiele podejść i czasami tygodni żmudnych poszukiwań idealnego produktu. 


Na moje włosy dobrze działa olej lniany i z orzechów włoskich. Nakładam zawsze olej przed myciem - czasami na noc i zaplatam włosy w luźny warkocz lub przynajmniej na godzinę przed myciem  (wtedy warto założyć czepek i owinąć głowę ręcznikiem). Do zabezpieczania końcówek zaś stosuję olej z marakui






Nie zapominaj o skórze głowy!

Nie wiem dlaczego wcześniej traktowałam skórę głowy tak po macoszemu. To właśnie tam ukryte są cebulki, które sprawiają, że włosy są zdrowe i to im należy się bardzo uważna pielęgnacja.


Codzienne masowanie skóry głowy, na przykład przed snem lub podczas mycia, nie jest wcale problematyczne. Gdy zaczniesz praktykować tę metodę, to nawet nie zauważysz, że wykonujesz tę czynność automatycznie.


Ważne jest również odpowiednie oczyszczanie skóry głowy. To nie tylko dobre produkty, ale także sposób, w jaki to robisz - nie szrap, nie trzyj i nie drap! Najczęściej praktykuję dwuproduktowe oczyszczanie - szamponem o nieskomplikowanym składzie, ale dobrze oczyszczającym (ten z dolnej półki za przysłowiowe grosze), myję i masuję skalp. Pozostałą część włosów myję natomiast delikatnym, najczęściej dziecięcym szamponem lub którymś z serii z Alterry. Ponadto wielokrotnie spotkałam się z poglądem, że warto zmieniać produkty do oczyszczania skóry głowy. Nie zapominaj również o peelingu! Raz na jakiś czas dodaj do szamponu trochę brązowego cukru.




Niezwykle istotne są również wszelkiego rodzaju wcierki, które odżywią cebulki. U mnie idealnie sprawdza się napar z suszonej pokrzywy i skrzypu polnego (do kupienia w aptece za około 3 zł), ale możesz również kupić gotowy produkt, np. Radical. Kiedyś wcierałam zioła na noc, tuż przed myciem, ale ostatnio zaczęłam robić to także po myciu, gdy włosy są jeszcze mokre. Ponadto lubię od czasu do czasu przygotować sobie żel z siemienia lnianego, który nakładam po umyciu włosów, nacieram nim skórę głowy oraz całe pasma i trzymam pod czepkiem, owiniętym ręcznikiem około 40 minut. Następnie spłukuję letnią wodą.


Odżywki i maski 

Nie pomijaj tego kroku w pielęgnacji. Zawsze nałóż odżywkę lub maskę, nawet na chwilę! Wcześniej sama popełniałam ten błąd i nie nakładałam odżywki/maski po myciu. Sądziłam, że skoro nałożyłam olej, to moje włosy mogą być przeciążone kolejnym nawilżaczem. Teraz już wiem, że wszystko zależy od doboru kosmetyków. Wciąż dążę do tego, aby zachować równowagę w dostarczaniu odpowiednich składników (emolienty, proteiny i humektanty), przemycanych w produktach. Jednak jest to dość skomplikowane - trzeba naprawdę uważnie obserwować włosy, aby dostrzec, czego obecnie potrzebują. Więcej o zrównoważonej pielęgnacji przeczytasz w tekstach, które podałam wyżej (⇧ patrz: diagnoza i odpowiedni dobór kosmetyków).


Rytuały

Systematyczność. Bez tego nie uzyskasz pożądanych rezultatów i dotyczy to nie tylko pielęgnacji włosów. 😉 Należy powtarzać te wszystkie zabiegi przez naprawdę dłuższy czas. Chyba, że jesteś szczęściarą i zauważysz efekty już po tygodniu. Jeśli tak, to tylko się cieszyć! Mnie zajęło to sporo czasu, ale dziś nie żałuję, a wręcz jestem dumna, że się nie poddałam i wciąż walczę o zdrowe i piękne włosy. Najlepszą nagrodą jest uwielbienie Lilki. Ach, jak ona kocha moje włosy. 😆




Jeśli przeoczyłaś moje wcześniejsze wpisy o pielęgnacji włosów, to znajdziesz je tu:


Jestem przekonana, że stosując się do tych rad nie wyrządzisz sobie krzywdy. Jedynym skutkiem ubocznym może być nabyte włosomaniactwo, z którego naprawdę ciężko się wyleczyć! 😁 A może już straciłaś głowę dla włosów i chciałabyś coś dorzucić od siebie? Śmiało, pisz! 


"Mama ma zawsze rację" Sylwia Chutnik

"Mama ma zawsze rację" Sylwia Chutnik

do utraty tchu blog


Przygotowuję się do pewnego projektu o kobietach-matkach i ich kulturowo-społecznych uwarunkowaniach we współczesnym świecie. Gdy mowa o kobiecości nie sposób nie wspomnieć o feminizmie. Kiedy o tym pomyślałam, jeszcze na samym początku, to czułam delikatne obawy. Muszę Ci się przyznać, że ja - prawie trzydziestoletnia kobieta, żona, matka - nigdy nie nazwałam siebie feministką, a to wszystko dlatego, że chyba tego nie czułam. Może inaczej - nie rozumiałam i nie widziałam takiej potrzeby. Dziś, gdy piszę te słowa, biję się w pierś. Moja dotychczasowa ignorancja była wbrew naturze. Przecież my, kobiety-siostry powinniśmy iść w jednym szeregu, z dumnie podniesionym czołem i bronić swoich racji. Co więcej, powinniśmy mówić głośno, nie szeptać zza pleców mężczyzn, spoglądać z zakłopotaniem, gdy o naszych prawach i obowiązkach mówią ci, co z kobiecością rozstali się opuszczając łono matki. 


Na szczęście są wśród nas odważne obywatelki, które dosadnie mówią, co boli, uwiera i koli. Jedną z nich jest Sylwia Chutnik - pisarka, dziennikarka, aktywistka społeczna i prowadząca Fundację MaMa, działającą na rzecz matek w Polsce. Z jej twórczość zetknęłam się raz, podczas studiów, gdy przeczytałam Dzidzię. Zupełnie nie trafiła do mnie ta pozycja, nie dostrzegałam kunsztu literackiego autorki. Jednak przez te wszystkie lata po zakończeniu nauki zauważałam aktywność społeczną Chutnik. Dlatego postanowiłam spróbować jeszcze raz. Tym razem sięgnęłam po zbiór felietonów. Na szczęście! Podczas lektury co rusz kiwałam głową z aprobatą, rozumiałam i w końcu poczułam to - swoją kobiecość, która nie jest tylko osadzona wśród ludzi ją szanujących. Jest dobrem społecznym, do którego każdy rości sobie prawa. I jakoś tak zaczęło mi doskwierać, że to, co moje staje się publiczne, że wciąż ktoś spogląda oceniającym wzrokiem i dyskutuje o moich wyborach. 



Mama ma zawsze rację Sylwia Chutnik



do utraty tchu blog


Mama ma zawsze rację Sylwii Chutnik to zbiór felietonów, z których wyłania się postać współczesnej kobiety-matki. I choć autorka pisze o własnych macierzyńskich doświadczeniach, to jednak z łatwością można dostrzec teorie feministyczne, które są głęboko zakorzenione w twórczości Chutnik. 


Niech Cię nie zmyli objętość, bo ta cieniutka książeczka aż kipi o wartościowej treści. Potraktuj to jako przewodnik po umyśle kobiety. Nie, nie każdej. To by było zbyt proste i trąciło sztywnymi ramami, którym przeciwstawiają się feministki. Niemniej to dobra lektura, w której autorka ze sporą dawką humoru i ironii rozprawia się z wymaganiami, jakie stawia kobiecie-matce współczesny świat.


do utraty tchu blog


Głos Sylwii Chutnik nie zawsze jest moim głosem, ale co jakiś czas rozbrzmiewa tam echo potakiwania. Zmiany w wyglądzie, już nie tak jędrny brzuch, piersi w dzierżawie, walka ze zniecierpliwieniem, pokorne poddanie, gdy w głowie aż wszystko buzuje, ale też chwile dławiącej miłości, która momentami przeraża swą siłą i bezkresem, oddanie i niewinność małego człowieka. To wszystko jest mi dobrze znane i tak bardzo bliskie, a właśnie o tym pisze Chutnik. Na 125 stronach mierzy się z ciążą, porodem, społecznym prawem do oceniania wyborów matek, depresją poporodową, ale też z irracjonalnym pędem za trendami i przemocą domową.


Podczas lektury felietonu Transcendencja jedzenia Chutnik opisuje mozolne spożywanie posiłku przez swoją pociechę. Otwarcie przyznaje się do narastającej frustracji i przerażającej myśli, że rytuał powtórzy się kolejnego dnia. Czytając te słowa uśmiechałam się, ale w głębi duszy rozumiałam ten stan doskonale. Każdego dnia przygotowuję posiłki, które najczęściej lądują w koszu zamiast w brzuchu Lilki. To wkurza, naprawdę! Rozumiem zainteresowanie dorosłym jedzeniem, nieumiejętność szybkiego przeżuwania i to, że to istotka, która dopiero przyswaja wszystko, co ja już ogarnęłam przez ponad dwadzieścia lat. Dlatego nie opowiadam o moim zniecierpliwieniu na co dzień, ale zrobiła to Chutnik.


do utraty tchu blog


Jednym z ważniejszych tekstów w tym zbiorze jest z pewnością Sprzątam, więc jestem, w którym autorka pod lupę bierze kulturowe stereotypy przypisywane kobietom i mężczyznom. Ten tekst nie dziwi, bo przecież Sylwia Chutnik jest absolwentką Gender Studies. Manifestacja męskości jest wpajana chłopcom wraz z nauką pierwszych kroków, może nawet wcześniej. Dziewczynki zaś w nagrodę otrzymują fartuszek i miotełkę do omiatania kurzu. Czy faktycznie tak jest? Czy Chutnik również nie ulega pewnym stereotypom? Gdybym miała odpowiedzieć tylko w oparciu o moją relację z mężem, to pewnie odpowiedź brzmiałaby, że tak, to nagięcie. Mąż sprząta, gotuje zdecydowanie częściej ode mnie, zajmuje się dzieckiem, robi zakupy... Niestety taki podział ról nadal nie jest czymś zupełnie normalnym. Feminizmu im się zachciało. Feminizm się kończy, jak trzeba samochód naprawić, dywan wytrzepać, czy kanapę wnieść na piętro... Tylko wciąż zapominamy, że są to czynności, które wykonuje się raz na kilka miesięcy, a KAŻDY KAŻDEGO DNIA korzysta ze wspólnej przestrzeni!


Nie każdy będzie interesowała się samochodem czy karmnikiem dla ptaków, ale naprawdę wszyscy muszą interesować się brudnymi skarpetkami i zlewem pełnym garów, bo wszyscy z tego korzystają i wszyscy robią ten bałagan.¹

do utraty tchu blog


Kolejnym felietonem, o którym należy mówić głośno i który powinien być rozesłany dla każdego rodzica, oprawiony i zawieszony w widocznym miejscu, jest tekst Gniewne brwi. Jest to pewnego rodzaju hańba i ostrze zwrócone ku rozumnemu człowiekowi i potwornie boli, że należy o tym wspominać. Niestety wciąż jest taka potrzeba, bo prawie codziennie dziennikarz z grobową miną informuje biednego człowieka, że gdzieś tam, za górami, za lasami, w dalekiej Polsce jakiś drań pobił dziecko. 


Gniewne brwi i nasza złość to jedno, ale przyhamujmy w porę i zapytajmy siebie, zanim uderzymy lub zranimy psychicznie: czy naprawdę jesteśmy tacy słabi, aby krzywdzić jeszcze słabszych od siebie?


Chutnik kończy refleksyjnie, drwina i sarkazm schodzą na dalszy plan. Kiedy opuścisz dom swój rodzinny jest jak haust rześkiego powietrza po wielogodzinnej pracy w zamkniętym pomieszczeniu. Delikatny wiosenny wiatr owiewa twarz, promienie słońca zaglądają przez zamknięte powieki, a uśmiech rozciąga napięte mięśnie. Mimo trudu, stresu, zabiegania warto zatrzymać się na chwilę, aby dostrzec to, co wokół. Bo kiedyś będziemy za tym tęsknić, kiedyś będziemy o tym marzyć i żałować, że nie zwolniliśmy.


Pielęgnujmy wspomnienia. Celebrujmy, póki możemy, te długie godziny rodzinnej wspólnoty, kiedy jeszcze wszyscy są na swoich miejscach i nikt nie uciekł z gniazda. I ściskajmy ciepłą rękę dziecka na spacerze.

do utraty tchu blog



Gdzieś pomiędzy kolejnymi tekstami Sylwii Chutnik, otulonymi subtelną ironią i sporą dozą dystansu do opisywanej rzeczywistości, powstał obraz kobiety-matki-feministki. To nie jest rozwścieczona baba plująca na mężczyzn, ani też księżniczka wyglądająca swojego księcia. To zwykły człowiek, tak po prostu. Ze swoimi słabościami, ale i nieziemską siłą. Domagająca się wolności wyboru, słowa i samodecydowania. Nic więcej. Zgodzisz się chyba ze mną, że taką feministką chciałby być każdy z nas? I Ty, i Ty, i Ty...



Za chwilę z książką Sylwii Chutnik i przyjemną lekcję feminizmu 
dziękuję Wydawnictwu Mamania


Dane techniczne

Sylwia Chutnik Mama ma zawsze rację
Wydawnictwo: Mamania
ISBN 978 83 62829 07 1


¹ Wszystkie cytowane fragmenty pochodzą z książki S. Chutnik, Mama ma zawsze rację, Warszawa: Mamania, 2012. 

Seria DIMILY Estelle Maskame

Seria DIMILY Estelle Maskame

do utraty tchu blog


Gdy sięgałam po pierwszą część serii DIMILY Estelle Maskame spodziewałam się, że jest to literatura młodzieżowa, tak zwane New Adult. Oczekiwałam lekkiej lektury o pierwszych miłostkach, wielkich problemach nastolatek, ze szkolnym tłem. Po części moje prognozy się sprawdziły. Jednak nie przypuszczałam, że tak bardzo pochłonie mnie życie Eden i Tylera, że z wypiekami na twarzy będę wyczekiwała kolejnych tomów. 


DIMILY Estelle Maskame


do utraty tchu blog


Eden to zwyczajna nastolatka - w miarę poukładana, rozsądna, z niewielkim problemem akceptacji swojego młodego ciała. Pojawia się nagle w Santa Monica, aby odwiedzić ojca i jego nową rodzinę. To właśnie tam poznaje Tylera, syna macochy, który jest tak nieznośny, że od pierwszych chwil Eden żywi do niego nieskrywaną niechęć. Dziewczyna szybko poznaje nowych znajomych i wchodzi w świat hollywoodzkiej młodzieży. Jednak ten świat musi dzielić też z Tylerem. Początkowo agresywny chłopak, który ewidentnie ma problemy z alkoholem i narkotykami zaczyna intrygować Eden. Dwójka, zagubionych w dorosłej rzeczywistości, nastolatków zaczyna się zbliżać do siebie. 


Pozornie głównym problemem bohaterów DIMILY jest zakazane uczucie, które muszą ukrywać przed otoczeniem. Jednak czy faktycznie to jest ich jedyne zmartwienie? Z każdym kolejnym tomem zaczynałam dostrzegać wartość tej trylogii. Znalazłam tu sposób radzenia sobie z agresją, z przemocą, bolesną przeszłością i pokusami, jakie czyhają na młodych we współczesnym świecie. Ponadto autorka usiłuje ukazać także konflikt pokoleń oraz starania zarówno rodziców, jak i dzieci w odnalezieniu porozumienia. 


Akcja każdej z trzech części przenosi czytelnika do innego miejsca. Maskame rozpoczyna swoją opowieść w Santa Monica, aby w kolejnym tomie zabrać nas do Nowego Jorku i na koniec przenieść historię do Portland, rodzinnego miasta Eden.  Z pewnością dzięki różnorodności tła powieść zyskuje na atrakcyjności. Ponadto na uwagę zasługuje również język Maskame. Autorka jest rówieśnicą wykreowanych przez siebie bohaterów - sposób wyrażania młodych jest jej bliski, co widoczne jest w narracji DIMILY. Początkowo mnie to raziło, ale po lekturze ostatniego tomu sądzę, że to dobry zabieg - przecież New Adult adresowane jest do młodego czytelnika. 


do utraty tchu blog


Estelle Maskame debiutowała w bardzo przyzwoity sposób. Stworzyła historię o młodych ludziach, którzy popełniają błędy, ale jednocześnie starają się żyć w zgodzie ze sobą. DIMILY to opowieść o drugiej szansie, na którą warto się zdobyć.


Z przyjemnością spędziłam czas, poznając losy Eden i Tylera. Jako żonomatka uwielbiam od czasu do czasu wrócić do lat, gdy miałam naście lat i pstro w głowie. Zresztą pisałam o tym już jakiś czas temu ⇨ Young Adult / New Adult. Czy to mi nie przystoi? Dziś nadal obstaję przy stanowisku, że dobrze jest wychodzić poza czytelniczy kokon, odkrywać nowe i cieszyć się, że po prostu można miło spędzić chwilę z książką. 



Dane techniczne

DIMILY Estelle Maskame
tom 1: Czy wspominałam, że Cię kocham?
tom 2: Czy wspominałem, że Cię potrzebuję?
tom 3: Czy wspominałam, że za Tobą tęsknię?
Wydawnictwo: Feeria
Seria: DIMILY

Pomaganie jest proste! Klasyka Dla Smyka

Pomaganie jest proste! Klasyka Dla Smyka

do utraty tchu blog


Ostatnio uczymy się z Lili nowej metody zasypiania - moja dziewczynka ląduje w łóżeczku, a ja jej czytam. Marnie nam to idzie. Nadal na pierwszym miejscu jest mamusi mleczko i tulące ramionka. Podczas jednej z takich przepraw, gdy moja dziewczynka dokazuje na całego i po raz kolejny zmienia pozycję, ja uparcie czytam historię o małym, brązowym króliczku. Z czasem poddaję się i biorę te pulchniutkie, zwiercone ciałko, sadzam Lilkę na kolanach i przytulam. Mój oddech rozwiewa jej delikatne włoski, malutka rączka muska mnie niczym piórko, czuję, że powoli nadchodzi upragniony sen. Jeszcze długo po zaśnięciu Lili, trzymam ją w ramionach i obserwuję jak miarowo bije jej serduszko, a jedwabne rzęski drgają w nierównym rytmie. To nasze Tu i Teraz. W takich chwilach wiem, że jestem wielką szczęściarą. Nie mam milionów na koncie, garderoby prosto z wybiegu, ani wypasionego auta w garażu. Ba, nawet nie mam garażu! Ale mam wszystko. Mam dom, wypełniony miłością po sufit i każdego dnia otwieram szeroko okna, aby wypuścić moje dobro w świat. Mogę, ot tak, usiąść z moją córeczką i czytać jej książki. Wiesz, że to luksus? Gdy pomyślę, że są wśród nas dzieci, które nie mogą cieszyć się spojrzeniem pełnym oddania i troski, muszą je dzielić z innymi potrzebującymi, wtedy czuję narastający żal i niesprawiedliwość. Dlatego tak bardzo cenię ludzi, którzy pomagają. Ty też możesz. 


Klasyka dla smyka, czyli Daga i Osiński rozczytują milusińskich


Autorką plakatu jest Justyna. Możesz go pobrać TU w celu promocji wydarzenia.

Klasyka dla smyka to akcja, wymyślona przez Dagmarę (Socjopatka) i Radka (Osiński po ludzku), która ma na celu zaszczepienie wśród najmłodszych z Domów Dziecka miłości do czytania. To piękna inicjatywa, zrodzona z potrzeby serca, z pasji do słowa pisanego i chęci podzielenia się tym, co jawi się oczywistym, a dla niektórych jest po prostu nieosiągalne. Dzięki Dagmarze, Radkowi i wielu innym blogerom, wydawnictwom i ludziom dobrej woli, którzy przyłączyli się do akcji, w pierwszym miesiącu aż 8 placówek opiekuńczo-wychowawczych otrzymało nowe książki. W marcowym rozdaniu tych pakietów było 17! Cudowne, prawda? Aż ciężko powstrzymać uśmiech!


Teraz rusza kolejna edycja - kwietniowa i najfajniejsze w tym wszystkim jest to, ze Ty też możesz dołożyć swoją cegiełkę. Wystarczy, że pod wpisem u Dagmary i Radka zgłosisz wybrany przez siebie Dom Dziecka, a pod koniec miesiąca zostaną wylosowane placówki, do których trafią przygotowane pakiety przeróżnych lektur. Ilu będzie zwycięzców? To wszystko zależy od tego, ile zostanie zebranych książek.


do utraty tchu blog


Jeśli chciał(-a)byś wspomóc tę piękną inicjatywę, śmiało - działaj! Możliwości jest mnóstwo:

  • możesz pomóc w promocji tego wydarzenia i zostać ambasadorem;
  • możesz podarować nawet jedną, nową i nieużywaną książeczkę;
  • zorganizować zbiórkę pieniędzy i kupić za to kilka książek, które przekażesz;
  • a może jesteś wydawnictwem, które chce zostać sponsorem? 



Wszelkie informacje znajdziesz u Dagmary i Radka - gorąco zachęcam Cię do odwiedzenia ich stron. Ponadto na Facebooku utworzona została grupa, w której pojawiają się informacje o postępach kolejnych rozdań.


do utraty tchu blog

do utraty tchu blog


Jako mama, polonista i osoba pracująca wśród książek jestem w pełni przekonana o słuszności akcji Klasyka dla smyka. Głęboko wierzę, że słowa mają moc. Że dzięki literaturze i pasji czytelniczej możemy zmienić swój świat. Moja Lilka otoczona jest książkami od pierwszych swoich dni, ma mamę i tatę, dla których jest cudem, ma wszystko, co teraz jest jej niezbędne. Niestety rzeczywistość bywa czasami smutna i nie każdy ma aż tyle. Może książka okaże się wybawieniem, może jakiś bohater wskaże odpowiednią drogę, może otworzą się drzwi wyobraźni, może... 


Nie zwlekaj, dołącz do akcji Klasyka dla smyka! To, co dobre wraca. 


"Macierzyństwo bez Photoshopa" Małgorzata Dawid-Mróz i inni

"Macierzyństwo bez Photoshopa" Małgorzata Dawid-Mróz i inni

do utraty tchu blog


Macierzyństwo bez lukru to jakie? Że zimna kawa, w domu porozrzucane zabawki, na krzesłach piętrzą się stosy ubrań do wyprasowania, a w zlewie brudne naczynia? To jest to macierzyństwo bez lukru? A może mama w porozciąganych dresach, upaćkana kaszką i z rozwianym włosem? No, jak to jest? Nurtuje mnie to pytanie od prawie roku, a może nawet dłużej. Dziś zaczynam powoli dostrzegać clou problemu i trop nie prowadzi poprzez te ścieżki zaniedbanej mamy i chaosu wokół, to coś więcej, o wiele więcej.


Gdy zostałam mamą  pozwoliłam sobie na popełnienie tekstu o tym, że macierzyństwo (mnie) nie boli i dziś, czytając słowa kobiety, która od kilku miesięcy mierzy się z nową rolą nadal są dla mnie aktualne i prawdziwe. Podpisuję się pod nimi bezsprzecznie. Nie lubię narzekania na okropną dolę matki, na ciągle skwaszoną minę. Jednak w człowieku jest taka siła, która odsuwając nas od jednego stanowiska, drastycznie pcha w przeciwległy punkt, który często bywa aż nazbyt skrajny. I tak kręci się błędne koło wiecznie zmęczonej mamusi lub idealnie wyprasowanej przez grafików komputerowych, bez cieni pod oczami, uśmiechniętej i koniecznie w rozmiarze XS. Gdzieś po drodze, gubiąc prawdziwą kobietę, która jest po prostu ludzka - czasami smutna, czasami radosna, z niedoskonałościami, ale bierze to na klatę i nie psioczy na rozstępy, czy kilka kilogramów nadwagi. Spokojnie, nie martw się, już ją odnalazłam - na kartach książki Macierzyństwo bez Photoshopa.


Macierzyństwo bez Photoshopa Małgorzata Dawid-Mróz i inni


do utraty tchu blog


Macierzyństwo bez Photoshopa to czwarta publikacja, która powstała w ramach charytatywnego projektu Macierzyństwo bez lukru. Jest to akcja blogujących rodziców na rzecz chorego chłopca, Mikołaja Kamińskiego. W środku znalazłam dwadzieścia krótkich historii o miłości - do bliskich, do dzieci, ale przede wszystkim do siebie - kobiety, która wydała na świat najpiękniejsze owoce. Są to słowa matek, dojrzałych i świadomych swoich życiowych wyborów, ale także ich partnerów. 


Pewnie zastanawiasz się, jaka jest ta kobieta - matka? No, jest normalna! Taka jak Ty. Doskonała w swojej niedoskonałości. Uczciwie przyznaje się do słabości, ale zna swoją wartość i nie pozwoli sobie wcisnąć kitu, że ta pani z okładki czasopisma dla rodziców, wyglądająca na naście lat, jest tuż po porodzie. Jednak musisz wiedzieć jedno - ta świadomość i pewność podparta jest doświadczeniem i błędami, które popełniła wcześniej. Ty nie musisz. Możesz być szczęśliwa ze sobą. Jeśli chcesz przejść na dietę i popracować nad swoją kondycją, to zrób to, ale dlatego, że Ty tego potrzebujesz, a nie z powodu przymusu społecznego. 


Moje ciało to moja sprawa. Mój skarb. Dlatego o nie dbam, karmię je tym, co mu służy, troszczę się o nie i pielęgnuję jego zdrowie i przywiązuję wagę do sprawności, a nie tylko do kilogramów i centymetrów. Mam gdzieś społeczne oczekiwania, oceny i laurki. Mam też mocne poczucie, że póki nie powstanie w nas, kobietach, gniew, aby się im z mocą przeciwstawić, nic w stosunku do kobiecego ciała się nie zmieni. Nasze ciała, Drogie Siostry, to nasz i tylko nasz biznes. Nie dajcie sobie mówić, jakie macie być. Nie dajcie się oceniać, stawiać się poza nawiasem czy obrażać. Każda z nas jest inna i w swojej inności piękna.
Małgorzata Dawid-Mróz

do utraty tchu blog


No, dobra, miało być bez lukru, a tu wszystko takie piękne i słodkie. Akceptacja, tolerancja, jestem piękna, bla, bla, bla... Otóż nie, moja droga! To również opowieści o nienawiści do siebie i swojego ciała, dojrzewanie do zmian i podejmowanie czasami drastycznych kroków, jak operacje plastyczne. Posiadanie dziecka zmienia tak wiele, a rzeczywistość najczęściej rozmija się z oczekiwaniami. I tu kluczową rolę odgrywa mężczyzna, który w naturalny dla siebie sposób, bez zadęcia i udawania pomoże Ci wejść w ten nowy etap. 


Kobiecość jest zastąpiona macierzyństwem na czas nieokreślony. Film oglądamy w szesnastu podejściach jakieś pięć tygodni. Z drogi orki codziennej prowadzi jednak zjazd na Autostradę Normalności - zaczynamy dzielić się obowiązkami, a dzieciak wychowany w przewidywalnym rytmie codzienności i harmonii śpi o tej samej porze i tak samo długo. Udaje nam się nie tylko wziąć prysznic i wywiesić pranie, ale przede wszystkim spojrzeć na siebie na nowo i czasem się przytulić. istotne, żeby na Autostradę Normalności zjechać jak najwcześniej, zanim życiowy GPS każe nam zawrócić, jeśli to możliwe.
Zdzisław Fenczok


do utraty tchu blog


Autentyczność przedstawionych opowieści podkreślają fotografie autorek tekstów umieszczone w publikacji. Kobiety, spoglądające ze zdjęć, trzymają kartki z zabawnymi hasłami, które wyśmiewają ich kompleksy. To dobry zabieg. Dzięki niemu czytelniczka może odnaleźć swoją matczyną bratnią duszę. 😉 


do utraty tchu blog


Ta niewielka książeczka to lektura na jeden wieczór. Czyta się ją z przyjemnością i uśmiechem na twarzy. Sądzę, że powinno się ją dołączać do wyprawki ze szpitala dla każdej młodej mamy. 


Nie jestem zwolenniczką przesłodzonej wizji macierzyństwa, ale irytuje mnie ukazywanie dzieciatej codzienności przez pryzmat śmierdzących pampersów i wymiocin wtartych w nieumyte włosy niewyspanej mamy. To trudne doświadczenie, owszem, ale także niesłychanie wdzięczne. Nie patrz na to, co straciłaś. Zerknij, co zyskałaś. Moja kobiecość nie wyparowała, nie podzieliła się na kobietę i matkę. Ona się pomnożyła. Jest we mnie, jest w mojej córeczce i w oczach męża, który każdego dnia spogląda na nas z czułością. 


do utraty tchu blog



Dane techniczne

Macierzyństwo bez Photoshopa Małgorzata Dawid-Mróz i inni
Wydawnictwo: Sensus
ISBN 978-83-283-2708-5

Z drugiej ręki, czyli jak oszczędzam na swoim dziecku

Z drugiej ręki, czyli jak oszczędzam na swoim dziecku

do utraty tchu blog


Zaczęłam trochę kontrowersyjnie, ale to wynika z wrodzonej przekory. 😉 Wiem, że to jak włożenie kija w internetowe mrowisko mam. Proponuję wziąć głęboki oddech i na luzie czytać dalej, bo nie będę się wymądrzać i snuć teorii wychowawczych. Chciałam po prostu podzielić się z Tobą moim podejściem do ekonomicznych aspektów rodzicielstwa. 


Wiadomo, że posiadanie potomstwa wiąże się z dodatkowymi kosztami. Ale nie oszukujmy się, czy zdecydujesz się na psa, czy na nowy samochód to bierzesz pod uwagę kolejne wydatki. Tak samo jest z dzieckiem, tylko tu masz w pakiecie czasami pobudki o piątej nad ranem, oślinione buziaki (no, to jak z psem) i automatycznie zwiększy się pojemność Twojego serca, która pomieści takie pokłady miłości, o jakich jeszcze nie wiedziałaś(-eś). Jednak kasa i dziecko to dla mnie dwa odrębne tematy, bo gdybyśmy zaczęli wszystko skrupulatnie kalkulować, to może okazać się, że ten mały człowiek nigdy nie wpisze się w plan naszych życiowych wydatków. A gwarantuję Ci, że to inwestycja, która zwróci Ci się już na starcie. 😍


do utraty tchu blog


Oczywiście faktem jest, że trzeba z większą dbałością podchodzić do domowego budżetu. Dlatego my z mężem świadomie podjęliśmy kilka decyzji, które konsekwentnie wprowadzamy w życie. I choć brzmi to może trochę dziwnie, ale właśnie w ten sposób oszczędzamy na Lilce. Są sprawy, o których nie dyskutujemy, bo są bezcenne - to bezpieczeństwo naszej córki i jej przyszłość. Stąd nie poruszam tu tematu fotelików samochodowych oraz placówek edukacyjnych. Jednak zdroworozsądkowe podejście do pewnych spraw może uchronić nasz portfel przed opróżnieniem, a mały berbeć z pewnością na tym nie ucierpi. Co więcej, nadal może cieszyć się beztroskim dniem, puszczać bąbelki ze śliny, łapać niewidzialne motylki, walić drewnianymi klockami w podłogę, przyprawiając sąsiada o kolejne siwe włosy. No, taki normalny rozkłady jazdy.


A teraz przygotuj się na porządną dawkę wiedzy z dziedziny rodzicielstwa, czyli wiedzy o wszystkim. Wiadomo. Zaopatrz się w grubaśny notes, pięć długopisów i kubeł kawy. Potrząśnij głową, aby wyrzucić wszystkie zbędne informacje i zrobić miejsce na moje konkluzje z wieloletnich , gruntownych badań, popartych doświadczeniem i praktyką. Dobra, żart.


A teraz na serio. Chodź, pogadamy. Ja opowiem Ci, co myślę, Ty dorzucisz swoje pięć groszy i wypijemy po prostu razem kawę. ❤


Z DRUGIEJ RĘKI


SACAND HAND

(Zacznijmy tak z angielskiego. 😜 )

Lumpeksy moja miłość. Oczywiście znałam je wcześniej i czerpałam z ich dobrodziejstw na długo przed zostaniem mamą. Jednak dopiero, gdy pojawiła się Lilka zrozumiałam, jakie to wspaniałe i byłam gotowa napisać list otwarty do Prezydenta RP z prośbą o wpisanie szmateksów na listę narodowych dóbr kultury. Nowe body, jeszcze z metkami za trzy ziko, sweterek za piątaka, kurtki na cztery pory roku za grosze. Za każdym razem wracam z łowów z torbą pełną szmatyczek, jak to nazywa moja siostrzenica, i jestem przeszczęśliwa. Pieniądze wydane w sklepie z odzieżą używaną są nieporównywalnie mniejsze niż koszt zakupów w galerii handlowej. Moje dziecko nie chodzi jak łaps w obdartych ciuchach i nie czuję, że odbieram mu jakiś przywilej radosnego malucha. 


do utraty tchu blog

BABY BOX 

Dogodną formą kompletowania szafy dziecka jest zakupienie wyprawki po innym bobasie (nazwałam to baby box, ale proszę tego nie mylić z pudełkami, w których śpią maluchy w Norwegii 😁). My właśnie tak zrobiliśmy. Gdy opowiedzieliśmy o naszym zamiarze zakupu kompletu ciuszków dla córeczki, odradzano nam to. Bo po kimś, bo odbieramy sobie przyjemność z wyboru, bo drogo. Na szczęście byliśmy głusi na te argumenty i dziś nie żałujemy ani złotówki. Dzięki temu nie musimy się martwić, że trzeba kupić wszystko, bo Lili już z czegoś wyrosła. Wystarczy, że przejrzę moje zasoby i spiszę listę brakujących elementów garderoby. Ponadto nie miałam parcia, że córeczka musi chodzić ubrana jak z katalogu mody dziecięcej. Miała być czysta, najedzona i kochana. Uf, nadal nam to się udaje! A cena takiej wyprawki? Uwierz mi na słowo, że jest śmiesznie niska i z pewnością oszczędziła nasz budżet domowy przed totalnym wyczyszczeniem.



(PRAWIE) NOWE ZABAWKI

Po urodzeniu Lili zdecydowaliśmy się na zakup jednej zabawki - Misia Szumisia i do dziś to się nie zmieniło. Tak się składa, że nasze dziecko ma dwa pełne kosze zabawek i kilka porozrzucanych po kątach. Skąd? Niektóre to prezenty, ale zdecydowana większa część to spadek po starszych kuzynach. Dzięki temu Lili ma połowę asortymentu Fisher Price, na który nie byłoby nas najzwyczajniej stać. Tego typu zabawki są rewelacyjne, ale okropnie drogie!

Wiem, że nie wszystkie maluchy mają możliwość dziedziczenia po starszym rodzeństwie, ale tu z pomocą przyjdą grupy sprzedażowe. Chyba każde miasto w Polsce doczekało się już takowej na Facebooku. Można tam kupić używane zabawki w znacznie niższej cenie. Co więcej, można tam nabyć wszystko dla dziecka - ubrania, obuwie, zabawki, czy inny dzieciaty sprzęt.  



do utarty tchu blog


Z pełną powagą i rozwagą przyznaję, że to jest mój sposób na oszczędzanie. Kupuję rzeczy używane i z wdzięcznością takie przyjmuję od rodziny. Zresztą wiadomo, że babcie dbają o to, aby ukochanej wnusi nic nie brakowało i co rusz obdarowują Lilkę czymś nowym. My jednak jesteśmy wierni ekologicznemu podejściu do gromadzenia Lilusiowych rzeczy i staramy się naprawdę gruntownie przemyśleć każdy wydatek.


Jestem bardzo ciekawa jakie Ty masz zdanie o rzeczach z drugiej ręki? Czy decydujesz się na takie zakupy? Czy raczej wolisz wydać więcej, ale mieć pewność, że jest to w nienaruszonym stanie? Koniecznie daj znać, co o tym myślisz!



Copyright © 2016 Do utraty tchu - żyj, kochaj, czytaj! , Blogger